niedziela, 26 grudnia 2010

Tallinn, Tallinn...


Wyjeżdżając z Rygi myślałam sobie, że do Tallinna jedziemy trochę z obowiązku. Skoro Via Baltica i skoro jesteśmy tak blisko to szkoda nie pojechać. Przez jakiś czas majaczyła nam też wizja rejsu do Helsinek. Okazało się natomiast, że Tallinn to naprawdę ciekawe i przyjemne miasto. Z jednej strony naznaczone przynależnością do ZSRR (na ulicach też często słychać rosyjski), z drugiej strony, chociażby z powodu języka, bliżej mu do północnego sąsiada – Finlandii, od której dzieli je tylko dwugodzinny rejs.

W Tallinnie udało nam się to, czego zabrakło zdecydowanie w Rydze. Miałyśmy naprawdę bardzo miłego gospodarza, który starał się jak najwięcej opowiedzieć o Estonii, a wieczorem, gdy zrobiło się naprawdę zimno, przygotował saunę ( która znajdowała się w piwnicy…). Było to raczej ciężkie doświadczenie, nie mogłyśmy wytrzymać w środku dłużej niż kilka minut, ale muszę przyznać, że przez całą noc nie czułam zimna, mimo że temperatura była naprawdę niska.

Przed wyjazdem wiele osób straszyło mnie, że Tallinn jest bardzo drogi. Podejrzewam, że życie tam może być ogólnie dość drogie, jednak jeśli chodzi o wydatki typowego turysty to nie zauważyłam, żeby ceny bardzo różniły się od tych w Rydze. Ostatniego dnia musiałyśmy się przenieść do hostelu, bo nasz gospodarz wyjeżdżał.  Znalazłyśmy hostel bardzo blisko centrum za 10 euro za noc. W 2011 roku Estonia wchodzi do strefy euro, więc podejrzewam, że wtedy wszystko może podrożeć.

Sam Tallinn sprawia naprawdę przyjemne wrażenie. W centrum bardzo dobrze zachowały się mury obronne, a miasto ma średniowieczny klimat. Nie miałyśmy ze sobą żadnego dokładnego przewodnika, ale wydaje mi się, że nie jest on bardzo potrzebny. Polecam udanie się do Informacji Turystycznej i zabranie folderu Tallinn. City Break. W nim znajdziemy wiele cennych informacji na temat tego, co warto zwiedzić. Dla mnie najprzyjemniejszym punktem zwiedzania miasta były dwa tarasy widokowe z przepięknym widokiem na miasto i morze. W drodze na owe punkty widokowe nie sposób ominąć Cerkiew Aleksandra Nevskiego, która w otoczeniu średniowiecznych murów zdaje się być jak z innej bajki.

We wspomnianym City Break przeczytałyśmy, że kilka minut od centrum znajduje się Kalamaja -  malownicza dzielnica robotnicza, która ostatnio zamieniła się w ulubione miejsce tallińskiej bohemy. Hmm… Opis ten jest trochę przesadzony. Dzielnica ma rzeczywiście potencjał, ale chyba potrzeba jej jeszcze trochę czasu, żeby zamieniła się w enklawę artystów. Błądząc po Kalamaji udało nam się za to znaleźć ciekawe osiedle nowoczesnych apartamentów, które zrobiły na mnie duże wrażenie. W ciekawy sposób łączą tradycje drewnianych domków z nowoczesnością. W ogóle Tallinn sprawia wrażenie miasta, nad którym ktoś panuje, nie ma tu miejsca na gryzące się ze sobą budynki, starówka jest ściśle chroniona, a nowoczesna architektura odwołuje się do tradycji.

Co można kupić w Tallinnie ciekawego? Można wiele rzeczy, ale pamiątki są akurat dość drogie. Ja oszalałam na punkcie czapek, szalików, rękawiczek, ale niestety nie były na moją kieszeń. Jeśli chcemy natomiast przywieźć coś estońskiego do domu to polecam narodowy likier Vana Tallinn. Można go nabyć w każdym supermarkecie, nie jest drogi, a smakuje bardzo dobrze. Inny typowy wyrób to marcepan, do kupienia właściwie na każdej ulicy w centrum.

Na zakończenie dnia, jeśli starczy czasu, warto przejść się nad morze (a jeśli nie starcza już sił i/lub czasu to można przejechać się autobusem). Kilka kilometrów za centrum Tallinna znajduje się bardzo ładna plaża Pirita. My dotarłyśmy tam na zachód słońca. Było pięknie. Po lewej rozciągał się widok na miasto, a po prawej… można było sobie wyobrazić, że już całkiem niedaleko jest Finlandia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz