
Budzę się, wyglądam za okno i myślę:
Co to za miasto? Patrzę na zegarek:
Nie? To jest Wilno? Gdy byłam tu ostatni raz musiałam przespać wjazd do miasta. Obrzeża są przygnębiające, szare, poza tym jest 6:30 rano, a już widać, że dzień będzie zły, na niebie piętrzą się ciemne chmury. W tym nie najlepszym nastroju wysiadam z autokaru, wyjmujemy z Magdą pierwsze pieniądze, rozglądamy się po dworcu, szukamy toalety. Ta okazuje się bardzo wschodnią dziurą w ziemi. Aż obrzydzenie bierze, uciekamy stamtąd szybko, zostawiamy bagaże w przechowalni i szybkim krokiem zmierzamy w kierunku centrum.


Jest 7, zimno, ulice zupełnie puste, nieliczni mieszkańcy biegną do pracy, ale ja szybko przystosowuje się do panujących warunków atmosferycznych i co bardziej zaczyna podobać mi się panująca tu atmosfera! Rozpoczynamy naszą wędrówkę po centrum, trochę bez konkretnego celu, trochę, aby przpomnieć sobie to, co widziałyśmy już kiedyś. O dziwo ja pamiętam dużo, nie zawsze nazwę czy jakąś dokładniejszą historię danego miejsca, ale ogólny klimat tego miasta nie jest mi obcy. Po drodze zachodzimy do
cerkwi św. Paraskewy, same jesteśmy zdziwione, że jest już otwarta. Kolejne miejsce, do którego trafiamy to
Zaułek Bernardyński, gdzie na skrzyżowaniu ulicy
Pilies i
Bernardinu znajdują się tak często fotografowane garnki umieszczone w ścianie domu. Nie omijamy tej atrakcji i my, po krótkiej sesji ruszamy dalej w dół ulicy. Po drodze mijamy Muzeum Adama Mickiewicza, stoimy chwilę na ganku, a następnie zmierzamy do dwóch przepięknych gotyckich kościołów:
św. Anny i Bernardynów. Ten pierwszy to prawdziwy symbol Wilna, oczarowany nim był nawet Napoleon, który miał powiedzieć, że
chętnie przeniósł by go na swojej ręce do Paryża, gdyby mógł. Drugi - sprawia raczej przygnębiające wrażenie, niszczeje coraz bardziej, a w ciągu tych 5 lat, gdy byłam w Wilnie po raz pierwszy nie zrobiono właściwie nic, aby temu zapobiec...

Robi się coraz zimniej i coraz częściej pada, decydujemy się więc na krótką przerwę na kawę. Marzy nam się mała kawiarenka, ale po drodze mijamy same ekskluzywne restauracje, więc decydujemy się na sieciówkę
Coffee Inn. Jest to dobry wybór, zamawiam kawę i ciasto, płacę około 12zł i po raz pierwszy uświadamiam sobie, że litewskie ceny są naprawdę niskie. Gdy stwierdzamy, że już się wygrzałyśmy i możemy ruszać dalej, kierujemy się w stronę ulicy Uniwersyteckiej, po drodze zachodzimy do robiącego ogromne wrażenie barokowego
kościoła świętego Ducha. Z zewnątrz trochę niepozorny, we wnętrzach kryje prawdziwe skarby i jest jedynym polskim kościołem w mieście.
Zaczyna coraz mocniej padać, ale my się nie poddajemy, ruszamy w kierunku Dzielnicy Żydowskiej, a dokładniej dwóch uliczek: Stikliu i Zydu. W przewodniku czytamy, że obecnie okolica nie zachowała prawie nic z dawnego klimatu. Według przedwojennych opisów była pełna starych, ciasnych i ciemnych domów, połączonych niezliczonymi przejściami w skomplikowany labirynt. Niestety teraz jest jasno, czysto i przestronnie, jednak udaje nam się odkryć kilka ciekawych i malowniczych podwórek.

Na koniec trafiamy do celu każdej polskiej wycieczki, czyli pod
Ostrą Bramę. Wchodzimy do środka, spotykamy polską wycieczkę, która już czeka na mszę. Zachodzimy też do
cerkwi świętego Ducha, która po raz kolejny robi na mnie ogromne wrażenie. Piękne wnętrze znowu zaskakuje mieszanką zielonego i niebieskiego koloru. I tym razem trafiamy na nabożeństwo, mimo że nic nie rozumiem, stoję zupełnie oczarowana pięknym śpiewem chóru. Po chwili w świątyni zostają sami turyści i mimo że można robić zdjęcia kilka osób pilnujących cerkiew coraz częściej mierzy mnie niezbyt przyjaznym wzrokiem, więc jeszcze jedno spojrzenie na to piękne wnętrze i ruszamy dalej.

Ostatnim punktem naszej wycieczki jest
Zarzecze nazywane też Republiką Zarzeczańską, czyli dzielnica miejscowej bohemy. Jeszcze do niedawna bardzo zaniedbane staje sie podobno po mału jedną z najmodniejszych dzielnic, młodzi i bogaci wilnianie chętnie wykupują malutkie, zaniedbane mieszkanka i tworzą z nich przestrojnne i wygodne wnętrza. Spacerując po okolicy trafiamy do
Zarzeczańskiej Wylęgarni Sztuki witającej nas napisem there is no routine. Uwagę moją i mojego aparatu zwracają też malowidła na ścianach budynku i okolicznych murach. Znajdziemy tu między innymi
Słonecznki Van Gogha,
Śniadanie na trawie Maneta, najbardziej charakterystyczne budynki Wilna i wiele wiele innych scenek, których znaczenia nie udało nam się odcyfrować. Na ulicy
Paupio odnajdujemy słynną konstytucję republiki, a mnie najbardziej rozczula zapis, który mówi:
kot nie musi kochać swojego gospodarza, ale w trudnej chwili powinien mu pomóc.
Jest nam coraz zimniej, stwierdzamy, że zobaczyłyśmy to, co chciałyśmy, więc udajemy się w stronę dworca. Jeszcze tylko zakup kilku pamiątek, po dłuższym namyśle decyduję się na torbę z Ostrą Bramą, ale do tej pory nie mogę przeżyć tego, że nie kupiłam sobie pewnej uroczej czapki w renifery. Zaczyna coraz mocniej padać, a właściwie lać, więc przyspieszamy kroku i znowu znajdujemy się na dworcu. Za chwilę mamy autobus do Rygi, ale to już inna historia...:)