niedziela, 26 grudnia 2010

Tallinn, Tallinn...


Wyjeżdżając z Rygi myślałam sobie, że do Tallinna jedziemy trochę z obowiązku. Skoro Via Baltica i skoro jesteśmy tak blisko to szkoda nie pojechać. Przez jakiś czas majaczyła nam też wizja rejsu do Helsinek. Okazało się natomiast, że Tallinn to naprawdę ciekawe i przyjemne miasto. Z jednej strony naznaczone przynależnością do ZSRR (na ulicach też często słychać rosyjski), z drugiej strony, chociażby z powodu języka, bliżej mu do północnego sąsiada – Finlandii, od której dzieli je tylko dwugodzinny rejs.

W Tallinnie udało nam się to, czego zabrakło zdecydowanie w Rydze. Miałyśmy naprawdę bardzo miłego gospodarza, który starał się jak najwięcej opowiedzieć o Estonii, a wieczorem, gdy zrobiło się naprawdę zimno, przygotował saunę ( która znajdowała się w piwnicy…). Było to raczej ciężkie doświadczenie, nie mogłyśmy wytrzymać w środku dłużej niż kilka minut, ale muszę przyznać, że przez całą noc nie czułam zimna, mimo że temperatura była naprawdę niska.

Przed wyjazdem wiele osób straszyło mnie, że Tallinn jest bardzo drogi. Podejrzewam, że życie tam może być ogólnie dość drogie, jednak jeśli chodzi o wydatki typowego turysty to nie zauważyłam, żeby ceny bardzo różniły się od tych w Rydze. Ostatniego dnia musiałyśmy się przenieść do hostelu, bo nasz gospodarz wyjeżdżał.  Znalazłyśmy hostel bardzo blisko centrum za 10 euro za noc. W 2011 roku Estonia wchodzi do strefy euro, więc podejrzewam, że wtedy wszystko może podrożeć.

Sam Tallinn sprawia naprawdę przyjemne wrażenie. W centrum bardzo dobrze zachowały się mury obronne, a miasto ma średniowieczny klimat. Nie miałyśmy ze sobą żadnego dokładnego przewodnika, ale wydaje mi się, że nie jest on bardzo potrzebny. Polecam udanie się do Informacji Turystycznej i zabranie folderu Tallinn. City Break. W nim znajdziemy wiele cennych informacji na temat tego, co warto zwiedzić. Dla mnie najprzyjemniejszym punktem zwiedzania miasta były dwa tarasy widokowe z przepięknym widokiem na miasto i morze. W drodze na owe punkty widokowe nie sposób ominąć Cerkiew Aleksandra Nevskiego, która w otoczeniu średniowiecznych murów zdaje się być jak z innej bajki.

We wspomnianym City Break przeczytałyśmy, że kilka minut od centrum znajduje się Kalamaja -  malownicza dzielnica robotnicza, która ostatnio zamieniła się w ulubione miejsce tallińskiej bohemy. Hmm… Opis ten jest trochę przesadzony. Dzielnica ma rzeczywiście potencjał, ale chyba potrzeba jej jeszcze trochę czasu, żeby zamieniła się w enklawę artystów. Błądząc po Kalamaji udało nam się za to znaleźć ciekawe osiedle nowoczesnych apartamentów, które zrobiły na mnie duże wrażenie. W ciekawy sposób łączą tradycje drewnianych domków z nowoczesnością. W ogóle Tallinn sprawia wrażenie miasta, nad którym ktoś panuje, nie ma tu miejsca na gryzące się ze sobą budynki, starówka jest ściśle chroniona, a nowoczesna architektura odwołuje się do tradycji.

Co można kupić w Tallinnie ciekawego? Można wiele rzeczy, ale pamiątki są akurat dość drogie. Ja oszalałam na punkcie czapek, szalików, rękawiczek, ale niestety nie były na moją kieszeń. Jeśli chcemy natomiast przywieźć coś estońskiego do domu to polecam narodowy likier Vana Tallinn. Można go nabyć w każdym supermarkecie, nie jest drogi, a smakuje bardzo dobrze. Inny typowy wyrób to marcepan, do kupienia właściwie na każdej ulicy w centrum.

Na zakończenie dnia, jeśli starczy czasu, warto przejść się nad morze (a jeśli nie starcza już sił i/lub czasu to można przejechać się autobusem). Kilka kilometrów za centrum Tallinna znajduje się bardzo ładna plaża Pirita. My dotarłyśmy tam na zachód słońca. Było pięknie. Po lewej rozciągał się widok na miasto, a po prawej… można było sobie wyobrazić, że już całkiem niedaleko jest Finlandia…

Ryga pełna niespodzianek.

Od pobytu w Rydze minęło już naprawdę dużo czasu, ale kiedy teraz, opatulona kocami i z gorącą herbatą w ręku, patrzę na zdjęcia, pamiątki przywiezione stamtąd wydaje mi się, jakbym to wczoraj przechadzała się bulwarami nie ustępującymi niczym tym  paryskim i podziwiała secesję nie gorszą niż ta w Barcelonie.


Pierwszą rzecz, jaka nas uderza od razu po wyjściu z autobusu jest wszechobecny rosyjski. Zdziwione, szukamy dodatkowych informacji na ten temat i dowiadujemy się, że w samej Rydze mieszka mniej więcej 40% Rosjan. Przeczytałam w jakichś wspomnieniach, że Ryga to jedyne europejskie miasto byłego Związku Radzieckiego, a przyjazd tutaj zawsze był postrzegany jako awans. Z drugiej strony przesiedlanie Łotyszy w inne rejony imperium należało do polityki władz, więc nic dziwnego, że doszło do takiej sytuacji. Co ciekawe w 1991 roku wielu mieszkańców Łotwy deklarujących bycie Rosjanami opowiedziało się za odłączeniem od ZSRR. Z drugiej strony do dziś sytuacja Rosjan mieszkających na Łotwie jest dość skomplikowana: często nie mają nadanego obywatelstwa łotewskiego, ponieważ nie znają języka.

W przewodniku możemy przeczytać, że Stara Ryga stanowi po dziś dzień niezaprzeczalne serce miasta, skupiające niemal cały ruch turystyczny i życie towarzyskie mieszkańców. To fakt. To fakt i błąd. Starówka jest oczywiście bardzo ładna, warto przespacerować się po niej, zajrzeć na malowniczy Plac Liwski i wyszukać chyba najbardziej znaną kamienicę Rygi – żółty budynek z symbolem miasta u szczytu – czarnym kotem. Następnie można skierować się w stronę Trzech braci – najstarszych kamienic miasta. Ciekawą historię ma także Plac Ratuszowy – kompletnie zniszczony podczas II wojny światowej i zrekonstruowany dopiero na początku XXI wieku. Obok rynku znajduje się niezwykle interesujące i poruszające Muzeum Okupacji Łotwy (wstęp bezpłatny), które wszystkim bardzo polecam. Zawiera mnóstwo materiałów, zdjęć, plakatów, dokumentów, w tym drobny polski akcent  – plakat Solidarności. Jestem pewna, że warto też zobaczyć Muzeum Narodowe Łotwy, nam niestety nie starczyło na to czasu, czego bardzo żałuję, bo przeglądając foldery dotyczące Rygi natknęłam się na malarstwo Janisa Rozentāla, którego obrazy można odnaleźć właśnie w tym muzeum.

Starówka jest ładna, ale dla mnie creme de la creme tego miasta stanowi dzielnica secesyjna. Po zwiedzeniu starej części Rygi warto przejść się słynnymi bulwarami, po drodze na pewno napotkamy znany mostek z kłódkami oraz ogromny Pomnik Wolności. A stamtąd już naprawdę blisko do prawdziwego skarbu tego miasta. Na mapie należy namierzyć słynną ulicę Alberta i zmierzając w tym kierunku podnieść głowę wysoko do góry i podziwiać. Większość budynków w okolicy tej ulicy to dzieło inżyniera niemającego nawet uprawnień architekta, Michaiła Eisensteina. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, Michaił to ojciec Siergieja, słynnego radzieckiego reżysera. Gdy zobaczyłam te kamienice to naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć i co fotografować. Wiedziałam, że w Rydze jest ładna secesyjna dzielnica, ale nie sądziłam, że po spędzeniu dwóch tygodni w Barcelonie coś będzie mnie w stanie jeszcze zaskoczyć.

Wiele kamienic jest niestety w dość opłakanym stanie, ale widać, że władze Rygi, mimo ogromnych kosztów, jakich wymaga renowacja, starają się je odnawiać. Zresztą te budynki  i tak miały dużo szczęścia, bo przetrwały bez większych uszkodzeń czasy ZSRR, chociaż uważano je za wytwór chorego burżuazyjnego smaku i przykład estetycznego zepsucia „schyłku kapitalizmu”… ;) Oprócz samego podziwiania fasad warto też odwiedzić Ryskie Muzeum Secesji przy ulicy Alberta 12. Bilet jest niedrogi, a w środku można zobaczyć wnętrze mieszkania urządzonego oczywiście w secesyjnym stylu (mieszkanie przypomina to zaprojektowane przez Gaudiego z La Pedrera z Barcelony). Naprzeciwko muzeum znajduje się sklep z secesyjnymi souvenirami i nawet jeśli nie mamy zamiaru niczego kupować to warto tam zajrzeć, bo miejsce jest naprawdę urocze. Można tam nabyć przeróżne rzeczy, od zastawy stołowej poprzez lampy, dywaniki aż po puzzle, pocztówki, długopisy, zakładki, książki czy stare zdjęcia.

A to jeszcze nie koniec ukrytych skarbów Rygi. Bez wątpienia należy zajrzeć do Ryskiej Akademii Sztuk Pięknych, która mieści się w budynku dawnej Szkoły Handlowej, uważanym za najwybitniejsze dzieło neogotyku w mieście. Wnętrze nie było odnawiane od lat i kojarzy mi się trochę z siedzibą wrocławskiej architektury, ale przede wszystkim warto zwrócić uwagę na przepiękne secesyjne witraże.

A na koniec, wracając do centrum proponuję odnaleźć Splendid Palace, przepiękne kino, o którym mieszkańcy miasta mówią, że jest najpiękniejsze na świecie. Nie wiem czy najpiękniejsze na świecie, ale ja na pewno ładniejszego nie widziałam. A dlaczego odnaleźć? Bo kino zostało zasłonięte innym, niezbyt urodziwym budynkiem, także trudno je zauważyć.

Taka jest właśnie Ryga. Fascynująca, pewnie dlatego, że jej największe skarby często są ukryte za jakimiś brzydkimi budynkami. Ale są, przetrwały i nieśmiało czekają, żeby je odwiedzić.    :)

niedziela, 3 października 2010

12 godzin w Wilnie

Budzę się, wyglądam za okno i myślę: Co to za miasto? Patrzę na zegarek: Nie? To jest Wilno? Gdy byłam tu ostatni raz musiałam przespać wjazd do miasta. Obrzeża są przygnębiające, szare, poza tym jest 6:30 rano, a już widać, że dzień będzie zły, na niebie piętrzą się ciemne chmury. W tym nie najlepszym nastroju wysiadam z autokaru, wyjmujemy z Magdą pierwsze pieniądze, rozglądamy się po dworcu, szukamy toalety. Ta okazuje się bardzo wschodnią dziurą w ziemi. Aż obrzydzenie bierze, uciekamy stamtąd szybko, zostawiamy bagaże w przechowalni i szybkim krokiem zmierzamy w kierunku centrum.

Jest 7, zimno, ulice zupełnie puste, nieliczni mieszkańcy biegną do pracy, ale ja szybko przystosowuje się do panujących warunków atmosferycznych i co bardziej zaczyna podobać mi się panująca tu atmosfera! Rozpoczynamy naszą wędrówkę po centrum, trochę bez konkretnego celu, trochę, aby przpomnieć sobie to, co widziałyśmy już kiedyś. O dziwo ja pamiętam dużo, nie zawsze nazwę czy jakąś dokładniejszą historię danego miejsca, ale ogólny klimat tego miasta nie jest mi obcy. Po drodze zachodzimy do cerkwi św. Paraskewy, same jesteśmy zdziwione, że jest już otwarta. Kolejne miejsce, do którego trafiamy to Zaułek Bernardyński, gdzie na skrzyżowaniu ulicy Pilies i Bernardinu znajdują się tak często fotografowane garnki umieszczone w ścianie domu. Nie omijamy tej atrakcji i my, po krótkiej sesji ruszamy dalej w dół ulicy. Po drodze mijamy Muzeum Adama Mickiewicza, stoimy chwilę na ganku, a następnie zmierzamy do dwóch przepięknych gotyckich kościołów: św. Anny i Bernardynów. Ten pierwszy to prawdziwy symbol Wilna, oczarowany nim był nawet Napoleon, który miał powiedzieć, że chętnie przeniósł by go na swojej ręce do Paryża, gdyby mógł. Drugi - sprawia raczej przygnębiające wrażenie, niszczeje coraz bardziej, a w ciągu tych 5 lat, gdy byłam w Wilnie po raz pierwszy nie zrobiono właściwie nic, aby temu zapobiec...

Robi się coraz zimniej i coraz częściej pada, decydujemy się więc na krótką przerwę na kawę. Marzy nam się mała kawiarenka, ale po drodze mijamy same ekskluzywne restauracje, więc decydujemy się na sieciówkę Coffee Inn. Jest to dobry wybór, zamawiam kawę i ciasto, płacę około 12zł i po raz pierwszy uświadamiam sobie, że litewskie ceny są naprawdę niskie. Gdy stwierdzamy, że już się wygrzałyśmy i możemy ruszać dalej, kierujemy się w stronę ulicy Uniwersyteckiej, po drodze zachodzimy do robiącego ogromne wrażenie barokowego kościoła świętego Ducha. Z zewnątrz trochę niepozorny, we wnętrzach kryje prawdziwe skarby i jest jedynym polskim kościołem w mieście.

Zaczyna coraz mocniej padać, ale my się nie poddajemy, ruszamy w kierunku Dzielnicy Żydowskiej, a dokładniej dwóch uliczek: Stikliu i Zydu. W przewodniku czytamy, że obecnie okolica nie zachowała prawie nic z dawnego klimatu. Według przedwojennych opisów była pełna starych, ciasnych i ciemnych domów, połączonych niezliczonymi przejściami w skomplikowany labirynt. Niestety teraz jest jasno, czysto i przestronnie, jednak udaje nam się odkryć kilka ciekawych i malowniczych podwórek.

Na koniec trafiamy do celu każdej polskiej wycieczki, czyli pod Ostrą Bramę. Wchodzimy do środka, spotykamy polską wycieczkę, która już czeka na mszę. Zachodzimy też do cerkwi świętego Ducha, która po raz kolejny robi na mnie ogromne wrażenie. Piękne wnętrze znowu zaskakuje mieszanką zielonego i niebieskiego koloru. I tym razem trafiamy na nabożeństwo, mimo że nic nie rozumiem, stoję zupełnie oczarowana pięknym śpiewem chóru. Po chwili w świątyni zostają sami turyści i mimo że można robić zdjęcia kilka osób pilnujących cerkiew coraz częściej mierzy mnie niezbyt przyjaznym wzrokiem, więc jeszcze jedno spojrzenie na to piękne wnętrze i ruszamy dalej.

Ostatnim punktem naszej wycieczki jest Zarzecze nazywane też Republiką Zarzeczańską, czyli dzielnica miejscowej bohemy. Jeszcze do niedawna bardzo zaniedbane staje sie podobno po mału jedną z najmodniejszych dzielnic, młodzi i bogaci wilnianie chętnie wykupują malutkie, zaniedbane mieszkanka i tworzą z nich przestrojnne i wygodne wnętrza. Spacerując po okolicy trafiamy do Zarzeczańskiej Wylęgarni Sztuki witającej nas napisem there is no routine. Uwagę moją i mojego aparatu zwracają też malowidła na ścianach budynku i okolicznych murach. Znajdziemy tu między innymi Słonecznki Van Gogha, Śniadanie na trawie Maneta, najbardziej charakterystyczne budynki Wilna i wiele wiele innych scenek, których znaczenia nie udało nam się odcyfrować. Na ulicy Paupio odnajdujemy słynną konstytucję republiki, a mnie najbardziej rozczula zapis, który mówi: kot nie musi kochać swojego gospodarza, ale w trudnej chwili powinien mu pomóc.

Jest nam coraz zimniej, stwierdzamy, że zobaczyłyśmy to, co chciałyśmy, więc udajemy się w stronę dworca. Jeszcze tylko zakup kilku pamiątek, po dłuższym namyśle decyduję się na torbę z Ostrą Bramą, ale do tej pory nie mogę przeżyć tego, że nie kupiłam sobie pewnej uroczej czapki w renifery. Zaczyna coraz mocniej padać, a właściwie lać, więc przyspieszamy kroku i znowu znajdujemy się na dworcu. Za chwilę mamy autobus do Rygi, ale to już inna historia...:)

poniedziałek, 27 września 2010

Murano

Zwiedzanie Wenecji nie może odbyć się bez odwiedzenia chociaż jednej z wysp Laguny Weneckiej. Wybór bywa trudny, bo jest ich co najmniej 6, dlatego jeśli ktoś nie ma za dużo czasu (tak jak nie mieliśmy go my) to warto postawić na Murano - wyspę szkła. Można tam dotrzeć vaporetto w około 20-30 minut, po drodze mija się wyspę San Michele, wenecki cmentarz.

Ta mała wysepka ma naprawdę wiele do zaoferowania, niektórzy nazywają ją "Wenecją w miniaturze". Można tu na własne oczy zobaczyć jak powstaje słynne na całym świecie szkło (nota bene warszawskie osiedle Muranów wzięło swoją nazwę właśnie stamtąd), zwiedzić urocze Muzeum Sztuki Szklarskiej oraz zachwycić się różnobarwnymi domami wzdłuż kanałów. Ceny szklanych wyrobów są niestety bardzo wysokie, ale po zwiedzeniu muzeum ma się raczej wrażenie, że współcześnie szkłu z Murano brakuje wiele do przedmiotów wykonywanych tu kilkaset lat temu.

Gdybyśmy mieli więcej czasu z pewnością popłynęlibyśmy jeszcze na Burano - miasto koronek i najbardziej kolorową wyspę laguny. Interesująca może być też San Lazzaro degli Armeni, którą Lord Byron wybrał na miejsce odpoczynku i żył tam w ascezie. Zainteresowanych obejrzeniem eleganckiego kurortu, w którym odbywa się słynny Festiwal Filmowy oraz gdzie mają miejsce pokazy Prady będzie też za pewno kusić zwiedzenie Il Lido. Nic tylko planować kolejną podróż! :)

Venice is like eating an entire box of chocolate liqueurs in one go...

Wenecja... obawiam się, że ciężko mi będzie opisać to, co poczułam do tego miasta. Wszystkie przewodniki, które przejrzałam straszyły wizją miasta opanowanego przez turystów, w którym nie da się ruszyć, ani na chwilę uciec przed tłumami zmierzającymi na Plac Świętego Marka. Jednak Wenecja sprawiła mi bardzo miłą niespodziankę...

Przygotowując się do wyjazdu stwierdziłam, że zwiedzania tego miasta nie da się zaplanować, ogarnąć. Można wyznaczyć sobie pewne punkty, między którymi będzie się poruszać, a co do reszty to trzeba zdać się na szczęście i mieć nadzieję, że nie zagubi się w tym labiryncie kanałów i mostów. Będąc jeszcze w Polsce usłyszałam, że powinnam sobie kupić jak najdokładniejszą mapę Wenecji, bo inaczej zginę (jedyna, którą znalazłam kosztowała 30zł, więc z niej zrezygnowałam). I dobrze! Jeśli wybierzemy "moją" metodę "punktowego zwiedzania" to nie sposób się zgubić. Wystarczy wypatrywać tylko znaków znajdujących się na każdym kroku, które będą kierować nas albo do Placu Świętego Marka albo do mostu Rialto, a zapewniam, że wszystko zobaczymy po drodze.

Co trzeba zobaczyć? Wszystko! My zaczęliśmy naszą przygodę z Wenecją od popłynięcia na wyspę Murano, ale o tym w innym wpisie. Po wyjściu z Dworca Santa Lucia warto od razu kupić bilety na komunikację (co jest nie do uniknięcia chyba, ceny są duże to fakt, ale po pierwsze: nie unikniemy podróżowania vaporetto, a ceny pojedynczych biletów zachęcają do kupienia przejazdówki; po drugie: Grande Canale w pełni można docenić i zobaczyć tylko z kanału; po trzecie: po kilku próbach przedostania się z jednej strony kanału na drugą na nogach odechce się Wam oszczędzania na komunikacji, bo w Wenecji są tylko 3 duże mosty, co oznacza, że przedostanie się na drugą stronę na nogach może zająć duuuużo czasu), po czwarte i ostatnie: bilet czasowy uprawnia też do wycieczki na okoliczne wyspy (Lido, Murano, Burano). Istnieje bardzo pomocna strona: http://www.veniceconnected.com/ , na której możemy zamówić zarówno bilety na komunikację jak i do muzeów (jeśli zrobimy to odpowiednio wcześniej jest zniżka).

Więc od czego by tu zacząć... Prawdopodobnie od przejażdżki vaporetto numero 1 wzdłuż słynnego Grande Canale. Następnie należy wysiąść przy Placu Świętego Marka i wpaść w zachwyt. Ja wpadłam w szał... nie wiedziałam, w którą stronę iść, co fotografować, czego dotknąć. Po mału zaczynał się zachód słońca, więc zdecydowaliśmy się ustawić szybko w kolejce do Wieży Widokowej (8 euro, ale warto! widok na lagunę!). Następnie trzeba pójść do Pałacu Dożów (za bilet zapłaciliśmy 10euro, mieliśmy wejścia do innych miejsc, o czym później), potem Bazylika (nam udało się tam wejść dopiero ostatniego dnia, bo na placu - najniżej położonym miejscu w całej Wenecji - ciągle stała woda i świątynia była zamknięta). Warto zwrocić uwagę na Wieżę Zegarową, niedawno odnowioną i udostępnioną dla zwiedzających. Na przeciwległym do Bazyliki boku placu znajduje się Museo Correr i Muzeum Archeologiczne (do którego jest wstęp za darmo wraz z biletem do Pałacu Dożów).

Po drugiej stronie kanału stoi przepiękna Bazylika Maria della Salute (ufundowana po ogromnej zarazie, która spotkała miasto). Wstęp do niej jest bezpłatny, jednak jest to wyjątek, bo do większości kościołów obowiązuje taryfa 1,5/2,5euro (studenci/"dorośli"). Jeśli ktoś nie żywi wielkiego wstrętu do zwiedzania świątyń to polecam zakupienie tzw. ChorusPass (7euro, my nasz znaleźliśmy...:). Weneckie kościoły są naprawdę imponujące, a w swoich zakrystiach skrywają prawdziwe dzieła sztuki (jak na przykład Ostatnia wieczerza Tintoretto w Chiesa di San Stefano). Innym kościołem, który naprawdę trzeba zobaczyć jest Santa Maria dei Miracoli (nawet jeśli szkoda nam pieniędzy na wstęp można tylko "zajrzeć" i popatrzeć, a jest na co! kościół cały w marmurach, podobno wymarzone miejsce ślubu większości mieszkańców Wenecji).

Kolejnym punktem wycieczki powinny stać się weneckie place (Campo Santa Maria Formosa, S. Toma, Il Frari ......) Często toczy się na nich zupełnie normalne życie, bez turystów, kramów z pamiątkami....

Na pewno warto odwiedzić weneckie muzea, Galleria dell'Academia czy kolekcję sztuki współczesnej Peggy Gugenheim, dla osób z mniejszym budżetem całkiem niezłą alternatywną dla tego drugiego będzie Ca' Pesaro, które także prezentuje sztukę współczesną, oprócz zbiorów włoskich malarzy można podziwiać obraz Klimta czy Chagalla.

A na koniec pozostaje Ghetto, spokojna żydowska dzielnica, miejsce, w którym niegdyś powstało pierwsze żydowskie getto na świecie. Zagląda tu zdecydowanie mniej turystów, a na uliczkach można spotkać tradycyjnie ubranych Żydów, wydaje się, że tutaj czas naprawdę się zatrzymał. I taka jest Wenecja, obok wielkiego, pełnego turystów placu, kilka metrów dalej możemy znaleźć malutki placyk czy uliczkę, w której nie będzie nikogo. A na moście numer 101 odkryjemy kolejny niepowtarzalny widok i coś specjalnego... I jak tu nie zakochać się w tym mieście?

Florencja, deszcz i kolejki.

Do Florencji dotarliśmy późnym wieczorem i od razu po wyjściu z pociągu uderzyła nas masa ciepłego powietrza, co dało nam nadzieję na to, że mimo złej prognozy pogoda będzie jednak ładna. Po krótkiej chwili udało nam się odnaleźć nasz hostel i tu spotkała nas pierwsza przykra niespodzianka - okazało się, że drzwi są zamknięte, a recepcja nie istnieje, trzeba po nią zadzwonić. Na szczęście po jakichś 30 minutach przyjechał ktoś i nas w końcu wpuścił. Miałam trochę obaw co do tego miejsca, bo na http://www.hostelworld.com/ przeczytałam wiele bardzo negatywnych opinii na temat Locanda Latina. Chyba jednak nie są one do końca sprawiedliwe, bo oprócz problemu z dostaniem się tam wszystko inne było w porządku (łącznie z ceną, 12 euro, a to bardzo niewiele jak na Włochy, drugiej nocy spaliśmy w Locanda Roberto za 14; Locanda to prawdopodobnie najtańsze miejsca, całkiem miłe; w dużych, starych mieszkaniach, zazwyczaj w samym centrum).


Następnego dnia wstaliśmy wcześnie i niestety okazało się, że pogoda nie jest najlepsza. Kilka razy popadało i było bardzo duszno, jednak nie zraziliśmy się i ruszyliśmy na podbój miasta. Z miejsc i zabytków, które trzeba zobaczyć wskazałabym na piękną Katedrę Il Duomo (w szczególności fasada robi wrażenie; warto też poczytać o jej historii, bo jest dość ciekawa i zagmatwana: budowę rozpoczęto pod koniec XIII wieku, słynna kopuła Brunelleschiego powstała w XV wieku, a najpóźniej została ukończona właśnie fasada, w XVI wieku wyburzono pierwotną i niedokończoną, a następnie przez 300lat organizowano konkursy, których nie rozstrzygano, obecna fasada powstała dopiero pod koniec...XIX wieku), dzwonnica Giotta (niestety tego dnia była zamknięta, za to wejście na wieżę Katedry nic nie kosztowało, warto postać chwilę w kolejce, bo widok jest naprawdę piękny). Nie można też zapomnieć o Piazza della Signoria i pięknym ratuszu Palazzo Vecchio (którego zwiedzanie jest płatne, ale na sam dziedziniec można wejść bez biletu). Stojąc na florenckim "rynku" nie sposób nie zauważyć imponującej galerii rzeźb (jednak stojący przy ratuszu Dawid to tylko kopia, oryginał znajduje się w Galleria dell'Accademia).

Wejście do Uffizi Gallery może okazać się bardzo skomplikowane, jednak radziłabym przecierpieć i spróbować dostać się tam. Ogólnie bolączką turystów we Włoszech są wszechobecne, ogromne kolejki do największych zabytków. Właściwie nie ma miejsca, gdzie nie stałby jakiś ochroniarz ograniczający napływ zwiedzających. Z jednej strony to dobrze, bo inaczej ludzie by się zadeptali, z drugiej oznacza po prostu marnowanie czasu. W muzeach i galeriach da się tego w pewien sposób uniknąć rezerwując wcześniej bilety przez internet. Jednak coś za coś, taka rezerwacja to zazwyczaj około 5 euro więcej za bilet. Także wejście do Uffizi (ze zniżką studencką) kosztuje około 14 euro. Istnieje co najmniej kilka stron, gdzie można dokonać rezerwacji, ja wybrałam tę: http://www.aboutflorence.com/florence-museums-ticket-reservation.html , bo wydało mi się, że w ten sposób wychodzi najtaniej.
W samym muzeum na I piętrze znajdziemy Gabinet Rysunków i Sztychów (Gabinetto Disegni e Stampe degli Uffizi), a na II mieści się galeria, w której 45 salach możemy podziwiać obrazy takich malarzy jak Botticelli (chociażby dla Wiosny i Narodzin Wenus warto odwiedzić to muzeum), da Vinci, Tycjan, Rubens, Durer i wielu, wielu innych.

To by było na tyle jeśli chodzi o typowo turystyczne miejsca w samym centrum. Oczywiście warto zajrzeć na każdy plac zaznaczony na mapie, we Włoszech jest to zawsze gwarancja odnalezienia jakiegoś uroczego miejsca. Jeśli jednak ktoś poczuje się zmęczony zgiełkiem i hałasem ścisłego centrum, warto też przejść się na drugą stronę rzeki (zatrzymując się na chwilę na Ponte Vecchio, z którego rozpościera się przepiękny widok), schować mapę i zabłądzić w małych, cichych uliczkach.

A na wieczór i zachód słońca polecam Esplanadę Michała Anioła, taras widokowy robiący ogromne wrażenie. Można tam dojść na piechotę, dla leniwych lub zmęczonych całodziennym zwiedzaniem pozostają autobusy odjeżdżające na przykład spod Dworca (trzeba szukać przystanku Piazza Michelangelo, wystarczy kupić jeden bilet, bo jest ważny 90 minut).

włoskie wakacje...

Ten wyjazd miał być typową,  spokojną wycieczką do kraju Dantego i makaronów. Dzięki Wizzairowi (pamiętajcie, nigdy nie latajcie z nimi) dostarczył nam wielu emocji, niekoniecznie pozytywnych. Mimo że odwołano nam lot, nie poddaliśmy się i dotarliśmy do Włoch alternatywną trasą. Wolę nie patrzeć na wyciąg z konta i podsumowywać tych kosztów. Wolę o tym zapomnieć! Bo to, co zobaczyliśmy jest nasze. A podróż pociągiem przez Austrię i północne Włochy zaliczam do jednej z najprzyjemniejszych. Samolot pozwala zaoszczędzić masę czasu, ale zabiera możliwość obserwacji tego jak zmienia się krajobraz, a na trasie Monachium - Florencja dzieje się to w sposób wręcz oszałamiający...

Jak już wspominałam dotarcie do Włoch kosztowało nas dużo czasu i pieniędzy, ale samo podróżowanie po tym kraju nie jest tak czasochłonne i drogie. Warto zajrzeć wcześniej na stronę http://www.ferroviedellostato.it/homepage_en.html , żeby zobaczyć jak funkcjonują włoskie koleje. Typów pociągów oraz ofert cenowych jest wiele (zresztą system jest podobny do naszego, są i drogie w stylu naszych IC i tańsze jak TLK oraz najtańsze - regionalne). Istnieje też możliwość wcześniejszej rezerwacji i kupna biletów z drobną zniżką oraz zakup biletów weekendowych. Myślę, że najlepszym wyjściem jest podróżowanie pociągami regionalnym, bo są najtańsze (wprawdzie trochę wolniejsze, ale jeśli jeździ się na krótszych trasach nie jest to taka duża różnica). I tak bilet z Florencji do Bolonii kosztuje około 7 euro, a z Bolonii do Wenecji - 8.

sobota, 18 września 2010

Norwegia w internecie

Przed wyjazdem do Norwegii przygotowywałyśmy się z wielu źródeł. Z oferty przewodników wybrałyśmy pozycję Pascala, ale mam co do niej mieszane uczucia (wiele informacji było już nieaktualnych chociaż jest to wydanie z 2010 roku). Za to internet jest prawie niewyczerpalnym źródłem informacji na każdy temat.

http://www.nsb.no/home/ - strona norweskiej kolei, warto tam zajrzeć wcześniej, jeśli wybiera się ten środek transportu; z jednej strony można sprawdzić cały rozkład jazdy, z drugiej - załapać się na specjalne bilety, tzw. MiniPris; można też zarezerwować tam bilety na Flamsbana

http://www.visitnorway.com/ - oficjalna strona turystyczna Norwegii, można tu znaleźć naprawdę dużo ciekawych informacji, opisów tras i adresów, jest też w języku polskim

http://www.visitoslo.com/ - oficjalna strona Oslo dla turystów, wszystko o tym mieście i jego okolicach

http://www.alr.no/ - strona Aurland, nie tylko o miasteczku, ale o całej okolicy

http://www.fjord1.no/en/ - strona firmy organizującej rejsy po fiordach

http://www.norwegofil.pl/ - Strona Miłośników Norwegii

Ponadto wszystkie informacje turystyczne są naprawdę dobrze wyposażone w mapy, informatory, więc nie zginiecie!;)

piątek, 17 września 2010

Bergen, miasto deszczu

Pascal donosi, że w Bergen pada 250 dni w roku, a ja złośliwie dodaję, że przez resztę jest pochmurno. Po pięknym, słonecznym i ciepłym Alesund przeniosłyśmy się do brudnego (!, naprawdę, wszędzie mnóstwo śmieci), zachmurzonego, deszczowego i zimnego Bergen. Było nam tak niemiło, że cały czas psioczyłyśmy na to miasto, chociaż teraz, z perspektywy czasu muszę przyznać, że zwiedzenie bramy do krainy fiordów nie jest pozbawione  sensu.

Miejscem godnym polecenia jest pewne zapomniane przez przewodniki osiedle domków jednorodzinnych (w okolicy Instytutu Prawa, ciężko mi to miejsce lepiej zlokalizować, bo szczerze mówiąc trafiłyśmy tam zupełnie przez przypadek). Niewątpliwie warto się przespacerować po okolicy, z dala od turystów, w ciszy i spokoju, marząc o jednym z takich domków dla siebie i zastanawiając się jak w tak pochmurnym mieście rosną takie piękne kwiaty.

Nie mamy pojęcia, gdzie można by zjeść coś dobrego w Bergen albo gdzie spać, ponieważ spędziłyśmy tam tylko kilka godzin, wieczorem miałyśmy pociąg do Oslo. (w nocnych pociągach w Norwegii każdy pasażer dostaje kocyk, dmuchaną poduszkę, stopery do uszu i to coś na oczy, nigdy nie wiem, jak to się nazywa).

Alesund

Z Fjaerland, po kilku drobnych przygodach, udało nam się dotrzeć do Alesund - prawdopodobnie najładniejszego miasta w Norwegii. Do początku XX wieku była to typowa osada rybaków, jednak po pożarze w 1904 roku, który strawił całą drewnianą zabudowę, a wielu ludzi pozostało bez dachu nad głową; miasto otrzymało sporą sumę pieniędzy na odbudowę, która nastąpiła, zgodnie z duchem epoki, w stylu secesyjnym.

Będąc w Alesund trzeba koniecznie wspiąć się na górę Aksla, na którą prowadzi 418 schodków. Jest to trochę męczące, ale zdecydowanie warto, widok zapiera dech w piersiach! Alesund to chyba jedno z najpiękniej położonych miast w Europie...

W Alesund lepiej schować mapę do plecaka, bo centrum nie należy do największych, także zgubić się jest naprawdę trudno. Za to warto pobłądzić w gąszczu małych uliczek, koniecznie z głową uniesioną wysoko do góry, aby móc podziwiać bogactwo secesyjnych detali na wielu budynkach starówki. Dla zainteresowanych, w mieście działa także Centrum Secesji, w którym można dowiedzieć się więcej na temat odbudowy miasta po pożarze.

Z bardziej przyziemnych rzeczy to camping znajduje się dość daleko od centrum, dworzec autobusowy posiada schowki na bagaż (ale jest otwarty tylko do 22, także nie należy o tym zapominać, bo można łatwo uwięzić swój plecak na co najmniej 8 godzin;). W przewodniku Pascala wyczytałyśmy, że życie nocne Alesund zdominowały hotele. Musi być to prawda, ponieważ po 23 miasto wyglądało na wymarłe, kawiarnie i puby świeciły pustkami, a na ulicach można było spotkać tylko kilku niedobitków wracających do domu.

Do Norwegii jeździ się raczej, aby podziwiać piękno natury, i tak jak Oslo było dla nas naturalnym przystankiem między Wrocławiem a fiordami, tak Alesund było drugim po fiordach celem całej wyprawy. Samo miasteczko jest urocze, pięknie położone, ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie droga z okolic Fjaerland do Alesund. Co chwilę żałowałam, że jedziemy autokarem i nie możemy zatrzymać się, aby porobić zdjęcia...

O mało nie zapomniałam dodać, że w tym pięknym mieście spotkałyśmy przemiłego Polaka, Lubomira, który od 5 lat jest taksówkarzem w Alesund. Widać, że brakowało mu kontaktów rodakami (co jest chyba dość dziwne?), więc udzielił nam wielu rad i pokazał McDonald'a (na którego byłyśmy skazane, ponieważ w niedzielę wszystko inne było zamknięte). 

trasa


Wyświetl większą mapę

czwartek, 16 września 2010

Fjaerland - norweskie miasto książki.

Nasz kolejny przystanek to Fjaerland, bajecznie położona wioseczka, znana też jako Norweskie Miasto Książki. Ma 350 mieszkańców, 12 antykwariatów, a regały z książki są wystawiane na ulicy. Książki kosztują mniej więcej od 5 do 30 zł, oprócz literatury w języku norweskim można tam znaleźć wiele pozycji po angielsku, niemiecku oraz innych językach. Z Fjaerland warto przejść się, żeby zobaczyć lodowiec. (wycieczki na lodowiec są niestety dużo bardziej skomplikowane, organizowane przez jedną firmę i dość drogie). 3 km od wioski znajduje się tani camping, ale jeśli miałabym tam nocować bez zastanowienia wybrałabym nocleg na dziko!

Szczególnie miło wspominam i polecam wizytę w jednym z antykwariatów, w którym mieści się także kawiarnia. Można tam napić się dobrej kawy (którą właściciel po 17 zaproponował nam za darmo), zjeść dobre ciasto albo tosta. Tutaj też zobaczyłam chyba najstarszy funkcjonujący terminal do kart w Norwegii... Cała operacja polegała na prasowaniu karty; okazało się, że moja jednak się do tego nie nadaje i musiałam zapłacić gotówką (pożyczoną od P., bo w Fjaerland nie ma bankomatów).

Z Fjaerland planowałyśmy dostać się do Geirangerfjord (przeczytałyśmy, że to najpiękniejszy norweski fiord), jednak w związku z pomyłką pani w informacji turystycznej znalazłyśmy się początkowo w miejscowości Skei, skąd złapałyśmy stopa (starsze małżeństwo, które nie mówiło za bardzo po angielsku). Zostałyśmy podwiezione nie do końca tam, gdzie chciałyśmy i w efekcie wylądowałyśmy w autokarze do Alesund, ale to już inna historia...

w stronę Sognefjord...

Aurland
Po krótkim przystanku w Oslo udałyśmy się w dalszą podróż - spełnić nasze wielkie marzenie - zobaczyć fiordy. Ponieważ Sognefjord okazał się być najbardziej dostępnym skierowałyśmy się w stronę miejscowości Myrdal, z której kilka razy dziennie odchodzi słynna Flamsbana - zabytkowa kolejka, która w ciągu godziny pokonuje 20 km, a różnica poziomów między pierwszą i ostatnią stacją wynosi ponad 860 metrów. Nie jest to tania atrakcja, kosztuje około 70-80zł, ale myślę, że warto, bo widoki są niezapomniane. Zdecydowanie nie radzę natomiast zostawania we Flamie, warto pojechać kawałek dalej, do miejscowości Aurland, przepięknie położonej i nie tak turystycznej. 2 km od centrum znajduje się bardzo przyjemny camping, którego ceny wręcz zaskakują, bo za namiot i 3 osoby zapłaciłyśmy około 90zł.

Tego, czego nie polecam w Aurland (jak i w kilku innych miejscowościach) to obdarzenie całkowitym zaufaniem informacji turystycznej. Niestety podczas wycieczki kilkakrotnie zostałyśmy źle poinformowane o godzinach odjazdu autobusów, co przysporzyło nam trochę kłopotów.

tęcza w Leikanger
Z Aurland kilka razy dziennie odchodzą statki wycieczkowe, które pływają w różne rejony Sognefjord. My wybrałyśmy godzinny rejs do miejscowości Leikanger (w której warto się zatrzymać, jeśli chcemy dalej podróżować na północ, jest zupełnie nieturystyczna, udało nam się wynająć tam domek za 150zł za noc z widokiem na fiordy...). Bilety studenckie kosztowały 35zł. Sam rejs był niezapomnianym przeżyciem, ponieważ strasznie wiało i padało, a Sognefjord wyglądał mrocznie i niedostępnie.
Mamy świadomość, że zobaczyłyśmy tylko drobny kawałek tego, co można by było, bo z rejonu Sognefjord można udać się na lodowiec, szlakiem starych norweskich kościołów oraz w wiele innych miejsc...

Jeszcze co do transportu z Oslo to jechałyśmy pociągiem, który ogólnie jest bardzo drogi, ale istnieje tzw. MiniPris, czyli ograniczona pula tańszych biletów za 199, 299 i 399 koron.