poniedziałek, 27 września 2010

Murano

Zwiedzanie Wenecji nie może odbyć się bez odwiedzenia chociaż jednej z wysp Laguny Weneckiej. Wybór bywa trudny, bo jest ich co najmniej 6, dlatego jeśli ktoś nie ma za dużo czasu (tak jak nie mieliśmy go my) to warto postawić na Murano - wyspę szkła. Można tam dotrzeć vaporetto w około 20-30 minut, po drodze mija się wyspę San Michele, wenecki cmentarz.

Ta mała wysepka ma naprawdę wiele do zaoferowania, niektórzy nazywają ją "Wenecją w miniaturze". Można tu na własne oczy zobaczyć jak powstaje słynne na całym świecie szkło (nota bene warszawskie osiedle Muranów wzięło swoją nazwę właśnie stamtąd), zwiedzić urocze Muzeum Sztuki Szklarskiej oraz zachwycić się różnobarwnymi domami wzdłuż kanałów. Ceny szklanych wyrobów są niestety bardzo wysokie, ale po zwiedzeniu muzeum ma się raczej wrażenie, że współcześnie szkłu z Murano brakuje wiele do przedmiotów wykonywanych tu kilkaset lat temu.

Gdybyśmy mieli więcej czasu z pewnością popłynęlibyśmy jeszcze na Burano - miasto koronek i najbardziej kolorową wyspę laguny. Interesująca może być też San Lazzaro degli Armeni, którą Lord Byron wybrał na miejsce odpoczynku i żył tam w ascezie. Zainteresowanych obejrzeniem eleganckiego kurortu, w którym odbywa się słynny Festiwal Filmowy oraz gdzie mają miejsce pokazy Prady będzie też za pewno kusić zwiedzenie Il Lido. Nic tylko planować kolejną podróż! :)

Venice is like eating an entire box of chocolate liqueurs in one go...

Wenecja... obawiam się, że ciężko mi będzie opisać to, co poczułam do tego miasta. Wszystkie przewodniki, które przejrzałam straszyły wizją miasta opanowanego przez turystów, w którym nie da się ruszyć, ani na chwilę uciec przed tłumami zmierzającymi na Plac Świętego Marka. Jednak Wenecja sprawiła mi bardzo miłą niespodziankę...

Przygotowując się do wyjazdu stwierdziłam, że zwiedzania tego miasta nie da się zaplanować, ogarnąć. Można wyznaczyć sobie pewne punkty, między którymi będzie się poruszać, a co do reszty to trzeba zdać się na szczęście i mieć nadzieję, że nie zagubi się w tym labiryncie kanałów i mostów. Będąc jeszcze w Polsce usłyszałam, że powinnam sobie kupić jak najdokładniejszą mapę Wenecji, bo inaczej zginę (jedyna, którą znalazłam kosztowała 30zł, więc z niej zrezygnowałam). I dobrze! Jeśli wybierzemy "moją" metodę "punktowego zwiedzania" to nie sposób się zgubić. Wystarczy wypatrywać tylko znaków znajdujących się na każdym kroku, które będą kierować nas albo do Placu Świętego Marka albo do mostu Rialto, a zapewniam, że wszystko zobaczymy po drodze.

Co trzeba zobaczyć? Wszystko! My zaczęliśmy naszą przygodę z Wenecją od popłynięcia na wyspę Murano, ale o tym w innym wpisie. Po wyjściu z Dworca Santa Lucia warto od razu kupić bilety na komunikację (co jest nie do uniknięcia chyba, ceny są duże to fakt, ale po pierwsze: nie unikniemy podróżowania vaporetto, a ceny pojedynczych biletów zachęcają do kupienia przejazdówki; po drugie: Grande Canale w pełni można docenić i zobaczyć tylko z kanału; po trzecie: po kilku próbach przedostania się z jednej strony kanału na drugą na nogach odechce się Wam oszczędzania na komunikacji, bo w Wenecji są tylko 3 duże mosty, co oznacza, że przedostanie się na drugą stronę na nogach może zająć duuuużo czasu), po czwarte i ostatnie: bilet czasowy uprawnia też do wycieczki na okoliczne wyspy (Lido, Murano, Burano). Istnieje bardzo pomocna strona: http://www.veniceconnected.com/ , na której możemy zamówić zarówno bilety na komunikację jak i do muzeów (jeśli zrobimy to odpowiednio wcześniej jest zniżka).

Więc od czego by tu zacząć... Prawdopodobnie od przejażdżki vaporetto numero 1 wzdłuż słynnego Grande Canale. Następnie należy wysiąść przy Placu Świętego Marka i wpaść w zachwyt. Ja wpadłam w szał... nie wiedziałam, w którą stronę iść, co fotografować, czego dotknąć. Po mału zaczynał się zachód słońca, więc zdecydowaliśmy się ustawić szybko w kolejce do Wieży Widokowej (8 euro, ale warto! widok na lagunę!). Następnie trzeba pójść do Pałacu Dożów (za bilet zapłaciliśmy 10euro, mieliśmy wejścia do innych miejsc, o czym później), potem Bazylika (nam udało się tam wejść dopiero ostatniego dnia, bo na placu - najniżej położonym miejscu w całej Wenecji - ciągle stała woda i świątynia była zamknięta). Warto zwrocić uwagę na Wieżę Zegarową, niedawno odnowioną i udostępnioną dla zwiedzających. Na przeciwległym do Bazyliki boku placu znajduje się Museo Correr i Muzeum Archeologiczne (do którego jest wstęp za darmo wraz z biletem do Pałacu Dożów).

Po drugiej stronie kanału stoi przepiękna Bazylika Maria della Salute (ufundowana po ogromnej zarazie, która spotkała miasto). Wstęp do niej jest bezpłatny, jednak jest to wyjątek, bo do większości kościołów obowiązuje taryfa 1,5/2,5euro (studenci/"dorośli"). Jeśli ktoś nie żywi wielkiego wstrętu do zwiedzania świątyń to polecam zakupienie tzw. ChorusPass (7euro, my nasz znaleźliśmy...:). Weneckie kościoły są naprawdę imponujące, a w swoich zakrystiach skrywają prawdziwe dzieła sztuki (jak na przykład Ostatnia wieczerza Tintoretto w Chiesa di San Stefano). Innym kościołem, który naprawdę trzeba zobaczyć jest Santa Maria dei Miracoli (nawet jeśli szkoda nam pieniędzy na wstęp można tylko "zajrzeć" i popatrzeć, a jest na co! kościół cały w marmurach, podobno wymarzone miejsce ślubu większości mieszkańców Wenecji).

Kolejnym punktem wycieczki powinny stać się weneckie place (Campo Santa Maria Formosa, S. Toma, Il Frari ......) Często toczy się na nich zupełnie normalne życie, bez turystów, kramów z pamiątkami....

Na pewno warto odwiedzić weneckie muzea, Galleria dell'Academia czy kolekcję sztuki współczesnej Peggy Gugenheim, dla osób z mniejszym budżetem całkiem niezłą alternatywną dla tego drugiego będzie Ca' Pesaro, które także prezentuje sztukę współczesną, oprócz zbiorów włoskich malarzy można podziwiać obraz Klimta czy Chagalla.

A na koniec pozostaje Ghetto, spokojna żydowska dzielnica, miejsce, w którym niegdyś powstało pierwsze żydowskie getto na świecie. Zagląda tu zdecydowanie mniej turystów, a na uliczkach można spotkać tradycyjnie ubranych Żydów, wydaje się, że tutaj czas naprawdę się zatrzymał. I taka jest Wenecja, obok wielkiego, pełnego turystów placu, kilka metrów dalej możemy znaleźć malutki placyk czy uliczkę, w której nie będzie nikogo. A na moście numer 101 odkryjemy kolejny niepowtarzalny widok i coś specjalnego... I jak tu nie zakochać się w tym mieście?

Florencja, deszcz i kolejki.

Do Florencji dotarliśmy późnym wieczorem i od razu po wyjściu z pociągu uderzyła nas masa ciepłego powietrza, co dało nam nadzieję na to, że mimo złej prognozy pogoda będzie jednak ładna. Po krótkiej chwili udało nam się odnaleźć nasz hostel i tu spotkała nas pierwsza przykra niespodzianka - okazało się, że drzwi są zamknięte, a recepcja nie istnieje, trzeba po nią zadzwonić. Na szczęście po jakichś 30 minutach przyjechał ktoś i nas w końcu wpuścił. Miałam trochę obaw co do tego miejsca, bo na http://www.hostelworld.com/ przeczytałam wiele bardzo negatywnych opinii na temat Locanda Latina. Chyba jednak nie są one do końca sprawiedliwe, bo oprócz problemu z dostaniem się tam wszystko inne było w porządku (łącznie z ceną, 12 euro, a to bardzo niewiele jak na Włochy, drugiej nocy spaliśmy w Locanda Roberto za 14; Locanda to prawdopodobnie najtańsze miejsca, całkiem miłe; w dużych, starych mieszkaniach, zazwyczaj w samym centrum).


Następnego dnia wstaliśmy wcześnie i niestety okazało się, że pogoda nie jest najlepsza. Kilka razy popadało i było bardzo duszno, jednak nie zraziliśmy się i ruszyliśmy na podbój miasta. Z miejsc i zabytków, które trzeba zobaczyć wskazałabym na piękną Katedrę Il Duomo (w szczególności fasada robi wrażenie; warto też poczytać o jej historii, bo jest dość ciekawa i zagmatwana: budowę rozpoczęto pod koniec XIII wieku, słynna kopuła Brunelleschiego powstała w XV wieku, a najpóźniej została ukończona właśnie fasada, w XVI wieku wyburzono pierwotną i niedokończoną, a następnie przez 300lat organizowano konkursy, których nie rozstrzygano, obecna fasada powstała dopiero pod koniec...XIX wieku), dzwonnica Giotta (niestety tego dnia była zamknięta, za to wejście na wieżę Katedry nic nie kosztowało, warto postać chwilę w kolejce, bo widok jest naprawdę piękny). Nie można też zapomnieć o Piazza della Signoria i pięknym ratuszu Palazzo Vecchio (którego zwiedzanie jest płatne, ale na sam dziedziniec można wejść bez biletu). Stojąc na florenckim "rynku" nie sposób nie zauważyć imponującej galerii rzeźb (jednak stojący przy ratuszu Dawid to tylko kopia, oryginał znajduje się w Galleria dell'Accademia).

Wejście do Uffizi Gallery może okazać się bardzo skomplikowane, jednak radziłabym przecierpieć i spróbować dostać się tam. Ogólnie bolączką turystów we Włoszech są wszechobecne, ogromne kolejki do największych zabytków. Właściwie nie ma miejsca, gdzie nie stałby jakiś ochroniarz ograniczający napływ zwiedzających. Z jednej strony to dobrze, bo inaczej ludzie by się zadeptali, z drugiej oznacza po prostu marnowanie czasu. W muzeach i galeriach da się tego w pewien sposób uniknąć rezerwując wcześniej bilety przez internet. Jednak coś za coś, taka rezerwacja to zazwyczaj około 5 euro więcej za bilet. Także wejście do Uffizi (ze zniżką studencką) kosztuje około 14 euro. Istnieje co najmniej kilka stron, gdzie można dokonać rezerwacji, ja wybrałam tę: http://www.aboutflorence.com/florence-museums-ticket-reservation.html , bo wydało mi się, że w ten sposób wychodzi najtaniej.
W samym muzeum na I piętrze znajdziemy Gabinet Rysunków i Sztychów (Gabinetto Disegni e Stampe degli Uffizi), a na II mieści się galeria, w której 45 salach możemy podziwiać obrazy takich malarzy jak Botticelli (chociażby dla Wiosny i Narodzin Wenus warto odwiedzić to muzeum), da Vinci, Tycjan, Rubens, Durer i wielu, wielu innych.

To by było na tyle jeśli chodzi o typowo turystyczne miejsca w samym centrum. Oczywiście warto zajrzeć na każdy plac zaznaczony na mapie, we Włoszech jest to zawsze gwarancja odnalezienia jakiegoś uroczego miejsca. Jeśli jednak ktoś poczuje się zmęczony zgiełkiem i hałasem ścisłego centrum, warto też przejść się na drugą stronę rzeki (zatrzymując się na chwilę na Ponte Vecchio, z którego rozpościera się przepiękny widok), schować mapę i zabłądzić w małych, cichych uliczkach.

A na wieczór i zachód słońca polecam Esplanadę Michała Anioła, taras widokowy robiący ogromne wrażenie. Można tam dojść na piechotę, dla leniwych lub zmęczonych całodziennym zwiedzaniem pozostają autobusy odjeżdżające na przykład spod Dworca (trzeba szukać przystanku Piazza Michelangelo, wystarczy kupić jeden bilet, bo jest ważny 90 minut).

włoskie wakacje...

Ten wyjazd miał być typową,  spokojną wycieczką do kraju Dantego i makaronów. Dzięki Wizzairowi (pamiętajcie, nigdy nie latajcie z nimi) dostarczył nam wielu emocji, niekoniecznie pozytywnych. Mimo że odwołano nam lot, nie poddaliśmy się i dotarliśmy do Włoch alternatywną trasą. Wolę nie patrzeć na wyciąg z konta i podsumowywać tych kosztów. Wolę o tym zapomnieć! Bo to, co zobaczyliśmy jest nasze. A podróż pociągiem przez Austrię i północne Włochy zaliczam do jednej z najprzyjemniejszych. Samolot pozwala zaoszczędzić masę czasu, ale zabiera możliwość obserwacji tego jak zmienia się krajobraz, a na trasie Monachium - Florencja dzieje się to w sposób wręcz oszałamiający...

Jak już wspominałam dotarcie do Włoch kosztowało nas dużo czasu i pieniędzy, ale samo podróżowanie po tym kraju nie jest tak czasochłonne i drogie. Warto zajrzeć wcześniej na stronę http://www.ferroviedellostato.it/homepage_en.html , żeby zobaczyć jak funkcjonują włoskie koleje. Typów pociągów oraz ofert cenowych jest wiele (zresztą system jest podobny do naszego, są i drogie w stylu naszych IC i tańsze jak TLK oraz najtańsze - regionalne). Istnieje też możliwość wcześniejszej rezerwacji i kupna biletów z drobną zniżką oraz zakup biletów weekendowych. Myślę, że najlepszym wyjściem jest podróżowanie pociągami regionalnym, bo są najtańsze (wprawdzie trochę wolniejsze, ale jeśli jeździ się na krótszych trasach nie jest to taka duża różnica). I tak bilet z Florencji do Bolonii kosztuje około 7 euro, a z Bolonii do Wenecji - 8.

sobota, 18 września 2010

Norwegia w internecie

Przed wyjazdem do Norwegii przygotowywałyśmy się z wielu źródeł. Z oferty przewodników wybrałyśmy pozycję Pascala, ale mam co do niej mieszane uczucia (wiele informacji było już nieaktualnych chociaż jest to wydanie z 2010 roku). Za to internet jest prawie niewyczerpalnym źródłem informacji na każdy temat.

http://www.nsb.no/home/ - strona norweskiej kolei, warto tam zajrzeć wcześniej, jeśli wybiera się ten środek transportu; z jednej strony można sprawdzić cały rozkład jazdy, z drugiej - załapać się na specjalne bilety, tzw. MiniPris; można też zarezerwować tam bilety na Flamsbana

http://www.visitnorway.com/ - oficjalna strona turystyczna Norwegii, można tu znaleźć naprawdę dużo ciekawych informacji, opisów tras i adresów, jest też w języku polskim

http://www.visitoslo.com/ - oficjalna strona Oslo dla turystów, wszystko o tym mieście i jego okolicach

http://www.alr.no/ - strona Aurland, nie tylko o miasteczku, ale o całej okolicy

http://www.fjord1.no/en/ - strona firmy organizującej rejsy po fiordach

http://www.norwegofil.pl/ - Strona Miłośników Norwegii

Ponadto wszystkie informacje turystyczne są naprawdę dobrze wyposażone w mapy, informatory, więc nie zginiecie!;)

piątek, 17 września 2010

Bergen, miasto deszczu

Pascal donosi, że w Bergen pada 250 dni w roku, a ja złośliwie dodaję, że przez resztę jest pochmurno. Po pięknym, słonecznym i ciepłym Alesund przeniosłyśmy się do brudnego (!, naprawdę, wszędzie mnóstwo śmieci), zachmurzonego, deszczowego i zimnego Bergen. Było nam tak niemiło, że cały czas psioczyłyśmy na to miasto, chociaż teraz, z perspektywy czasu muszę przyznać, że zwiedzenie bramy do krainy fiordów nie jest pozbawione  sensu.

Miejscem godnym polecenia jest pewne zapomniane przez przewodniki osiedle domków jednorodzinnych (w okolicy Instytutu Prawa, ciężko mi to miejsce lepiej zlokalizować, bo szczerze mówiąc trafiłyśmy tam zupełnie przez przypadek). Niewątpliwie warto się przespacerować po okolicy, z dala od turystów, w ciszy i spokoju, marząc o jednym z takich domków dla siebie i zastanawiając się jak w tak pochmurnym mieście rosną takie piękne kwiaty.

Nie mamy pojęcia, gdzie można by zjeść coś dobrego w Bergen albo gdzie spać, ponieważ spędziłyśmy tam tylko kilka godzin, wieczorem miałyśmy pociąg do Oslo. (w nocnych pociągach w Norwegii każdy pasażer dostaje kocyk, dmuchaną poduszkę, stopery do uszu i to coś na oczy, nigdy nie wiem, jak to się nazywa).

Alesund

Z Fjaerland, po kilku drobnych przygodach, udało nam się dotrzeć do Alesund - prawdopodobnie najładniejszego miasta w Norwegii. Do początku XX wieku była to typowa osada rybaków, jednak po pożarze w 1904 roku, który strawił całą drewnianą zabudowę, a wielu ludzi pozostało bez dachu nad głową; miasto otrzymało sporą sumę pieniędzy na odbudowę, która nastąpiła, zgodnie z duchem epoki, w stylu secesyjnym.

Będąc w Alesund trzeba koniecznie wspiąć się na górę Aksla, na którą prowadzi 418 schodków. Jest to trochę męczące, ale zdecydowanie warto, widok zapiera dech w piersiach! Alesund to chyba jedno z najpiękniej położonych miast w Europie...

W Alesund lepiej schować mapę do plecaka, bo centrum nie należy do największych, także zgubić się jest naprawdę trudno. Za to warto pobłądzić w gąszczu małych uliczek, koniecznie z głową uniesioną wysoko do góry, aby móc podziwiać bogactwo secesyjnych detali na wielu budynkach starówki. Dla zainteresowanych, w mieście działa także Centrum Secesji, w którym można dowiedzieć się więcej na temat odbudowy miasta po pożarze.

Z bardziej przyziemnych rzeczy to camping znajduje się dość daleko od centrum, dworzec autobusowy posiada schowki na bagaż (ale jest otwarty tylko do 22, także nie należy o tym zapominać, bo można łatwo uwięzić swój plecak na co najmniej 8 godzin;). W przewodniku Pascala wyczytałyśmy, że życie nocne Alesund zdominowały hotele. Musi być to prawda, ponieważ po 23 miasto wyglądało na wymarłe, kawiarnie i puby świeciły pustkami, a na ulicach można było spotkać tylko kilku niedobitków wracających do domu.

Do Norwegii jeździ się raczej, aby podziwiać piękno natury, i tak jak Oslo było dla nas naturalnym przystankiem między Wrocławiem a fiordami, tak Alesund było drugim po fiordach celem całej wyprawy. Samo miasteczko jest urocze, pięknie położone, ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie droga z okolic Fjaerland do Alesund. Co chwilę żałowałam, że jedziemy autokarem i nie możemy zatrzymać się, aby porobić zdjęcia...

O mało nie zapomniałam dodać, że w tym pięknym mieście spotkałyśmy przemiłego Polaka, Lubomira, który od 5 lat jest taksówkarzem w Alesund. Widać, że brakowało mu kontaktów rodakami (co jest chyba dość dziwne?), więc udzielił nam wielu rad i pokazał McDonald'a (na którego byłyśmy skazane, ponieważ w niedzielę wszystko inne było zamknięte). 

trasa


Wyświetl większą mapę

czwartek, 16 września 2010

Fjaerland - norweskie miasto książki.

Nasz kolejny przystanek to Fjaerland, bajecznie położona wioseczka, znana też jako Norweskie Miasto Książki. Ma 350 mieszkańców, 12 antykwariatów, a regały z książki są wystawiane na ulicy. Książki kosztują mniej więcej od 5 do 30 zł, oprócz literatury w języku norweskim można tam znaleźć wiele pozycji po angielsku, niemiecku oraz innych językach. Z Fjaerland warto przejść się, żeby zobaczyć lodowiec. (wycieczki na lodowiec są niestety dużo bardziej skomplikowane, organizowane przez jedną firmę i dość drogie). 3 km od wioski znajduje się tani camping, ale jeśli miałabym tam nocować bez zastanowienia wybrałabym nocleg na dziko!

Szczególnie miło wspominam i polecam wizytę w jednym z antykwariatów, w którym mieści się także kawiarnia. Można tam napić się dobrej kawy (którą właściciel po 17 zaproponował nam za darmo), zjeść dobre ciasto albo tosta. Tutaj też zobaczyłam chyba najstarszy funkcjonujący terminal do kart w Norwegii... Cała operacja polegała na prasowaniu karty; okazało się, że moja jednak się do tego nie nadaje i musiałam zapłacić gotówką (pożyczoną od P., bo w Fjaerland nie ma bankomatów).

Z Fjaerland planowałyśmy dostać się do Geirangerfjord (przeczytałyśmy, że to najpiękniejszy norweski fiord), jednak w związku z pomyłką pani w informacji turystycznej znalazłyśmy się początkowo w miejscowości Skei, skąd złapałyśmy stopa (starsze małżeństwo, które nie mówiło za bardzo po angielsku). Zostałyśmy podwiezione nie do końca tam, gdzie chciałyśmy i w efekcie wylądowałyśmy w autokarze do Alesund, ale to już inna historia...

w stronę Sognefjord...

Aurland
Po krótkim przystanku w Oslo udałyśmy się w dalszą podróż - spełnić nasze wielkie marzenie - zobaczyć fiordy. Ponieważ Sognefjord okazał się być najbardziej dostępnym skierowałyśmy się w stronę miejscowości Myrdal, z której kilka razy dziennie odchodzi słynna Flamsbana - zabytkowa kolejka, która w ciągu godziny pokonuje 20 km, a różnica poziomów między pierwszą i ostatnią stacją wynosi ponad 860 metrów. Nie jest to tania atrakcja, kosztuje około 70-80zł, ale myślę, że warto, bo widoki są niezapomniane. Zdecydowanie nie radzę natomiast zostawania we Flamie, warto pojechać kawałek dalej, do miejscowości Aurland, przepięknie położonej i nie tak turystycznej. 2 km od centrum znajduje się bardzo przyjemny camping, którego ceny wręcz zaskakują, bo za namiot i 3 osoby zapłaciłyśmy około 90zł.

Tego, czego nie polecam w Aurland (jak i w kilku innych miejscowościach) to obdarzenie całkowitym zaufaniem informacji turystycznej. Niestety podczas wycieczki kilkakrotnie zostałyśmy źle poinformowane o godzinach odjazdu autobusów, co przysporzyło nam trochę kłopotów.

tęcza w Leikanger
Z Aurland kilka razy dziennie odchodzą statki wycieczkowe, które pływają w różne rejony Sognefjord. My wybrałyśmy godzinny rejs do miejscowości Leikanger (w której warto się zatrzymać, jeśli chcemy dalej podróżować na północ, jest zupełnie nieturystyczna, udało nam się wynająć tam domek za 150zł za noc z widokiem na fiordy...). Bilety studenckie kosztowały 35zł. Sam rejs był niezapomnianym przeżyciem, ponieważ strasznie wiało i padało, a Sognefjord wyglądał mrocznie i niedostępnie.
Mamy świadomość, że zobaczyłyśmy tylko drobny kawałek tego, co można by było, bo z rejonu Sognefjord można udać się na lodowiec, szlakiem starych norweskich kościołów oraz w wiele innych miejsc...

Jeszcze co do transportu z Oslo to jechałyśmy pociągiem, który ogólnie jest bardzo drogi, ale istnieje tzw. MiniPris, czyli ograniczona pula tańszych biletów za 199, 299 i 399 koron.

Norwegia, sierpień 2010

Norwegia chodziła mi po głowie od dawna. W zeszłym roku odwiedziłam Sztokholm i stwierdziłam, że jest to dobry początek cyklu podróży po Skandynawii. W tym roku padło na krainę fiordów. Wszyscy mówili, że drogo i że wydamy fortunę, ale myślę, że udało nam się chociaż trochę obalić ten mit. Poza tym uwierzcie, zobaczenie TAKICH widoków, jakie zobaczyłyśmy jest naprawdę bezcenne.
Norwegię opuszczałyśmy jednak trochę smutne, bo zdawałyśmy sobie sprawę, jak wiele nas ominęło.
Chciałybyśmy mieć jeszcze z 2 - 3tygodnie, wtedy spełniłoby się nasze marzenie o Lofotach czy
kole podbiegunowym...

PODRÓŻ
Wprawdzie idealnym rozwiązaniem jest podróż samochodem, do którego można zapakować dużo jedzenia (a to jest chyba najdroższe w Norwegii), ale jako że nie dysponowałyśmy samochodem pozostał nam tani lot z  Wrocławia do Oslo Ryanaira. Rezerwowałyśmy go dość wcześnie, bo już w maju, ale z tego, co wiem niska cena utrzymywała się dość długo. Zapłaciłyśmy 50zł za bilet w obie strony, trzeba jednak pamiętać, że lotnisko wcale nie jest w Oslo (w ogóle Oslo nie ma żadnego lotniska w pobliżu miasta). Lądowaliśmy w Rygge, z którego bilety kosztowały około 80zł (w dwie strony, tak jest taniej, jest też zniżka dla studentów). Lot Wizzairem (którego szczerze nienawidzę po tegorocznej podróży do Włoch) może wyjść jeszcze drożej, bo samoloty tej firmy lądują w Torp, które jest jeszcze dalej i z tego, co słyszałam bilety kosztują nawet 150zł.

OSLO
Oslo nie jest może najpiękniejszym miastem, ale ma klimat i zdecydownie przypadło nam do gustu. To takie nowoczesne miasto, ze świetnie rozwiązaną komunikacją (chociaż bardzo drogą, bilet 24godzinny kosztuje około 35zł; ale obejmuje też rejsy po Oslofjord, co bardzo polecam). Wydaje mi się, że nie za bardzo opłaca się kupowanie OsloCard, które jest droższe, zawiera bilet na komunikację oraz bilety do muzeów. Z tym że większość muzeów w Oslo jest za darmo, także trzeba bardzo dokładnie przejrzeć tę ofertę.
Akker Brygge
Co do miejsc, które trzeba zobaczyć to na pewno dzielnica portowa Aker Brygge (przykład jak świetnie można połączyć tradycję z nowoczesnością) oraz Muzeum Narodowe (wstęp bezpłatny). Warto też zajrzeć do Muzeum Filmu, jest ono małe, ale całkiem ciekawe (wstęp też bezpłatny). Muzeum Muncha znajduje się trochę poza centrum, bilet kosztuje około 20zł i jeśli planujemy wersję oszczędnościową wycieczki to uważam, że to muzeum można sobie podarować. W Muzeum Narodowym jest również Krzyk i Madonna (Munch namalował dwie wersje tych obrazów) i w ogóle sala poświęcona Munchowi podobała mi się bardziej niż jego całe muzeum.
Park Vigelanda.
Jeśli chodzi o inne obiekty to nie można zapominać o Parku Vigelanda zaprojektowanym przez słynnego norweskiego artystę i ozdobionego naturalistycznymi rzeźbami jego autorstwa.To doskonałe miejsce na zrobienie pikniku i odpoczynek (bez problemu można się położyć na trawce). Chociaż park jest oddalony trochę od centrum polecam powrót na piechotę, po drodze w kierunku Dworca Centralnego jest kilka naprawdę urokliwych zaułków.
Opera
Wracając z wycieczki do wysepkach Oslofjord warto przejść się w kierunku Opery, chyba najbardziej charakterystycznego budynku w Oslo. Szczególnie polecam wejście na dach i zobaczenie miasta z góry.

Trudno też przejść obojętnie obok Ratusza, który przez samych mieszkańców Oslo jest nazywany najbrzydszym budynkiem w mieście. Trudno się z nimi nie zgodzić...

Co do jedzenia to najlepiej mieć je z Polski, bo ceny w restauracjach i kawiarniach są naprawdę zaporowe. Jest oczywiście McDonald i to nie jeden, ale chyba naprawdę lepiej przywieźć jedzenie ze sobą. Z miejsc na polską kieszeń można udać się do obecnej na każdym kroku sieciówki 7eleven. Nie można tam wprawdzie usiąść, ale kawa i świeże bułeczki nie są takie drogie. (kawa około 10zł, 3 bułeczki 12)

Jeśli chodzi o pogodę to trzeba mieć chyba po prostu szczęście. Sierpień to prawdopodobnie jeden z najlepszych miesięcy na podróż. Nasze Oslo było bardzo słoneczne, ale słyszałyśmy, że dzień po tym jak wyjechałyśmy lało i lało...

W Oslo nie udało nam się obalić mitu drogiej Norwegii, bo było drogo i to bardzo, za to nieprawdziwym okazało się stwierdzenie, że Norwegowie to bardzo skryty i mało kontaktowy naród. Podczas krótkiej wycieczki po Oslofjord zostałyśmy zaczepione przez uroczą, starszą nauczycielkę muzyki, z którą bardzo miło nam się rozmawiało (oczywiście padły standardowe pytania o papieża i naszą wielką, polską religijność). Takie sytuacje powtarzały się potem nie raz.

początek