poniedziałek, 27 września 2010
Murano
Venice is like eating an entire box of chocolate liqueurs in one go...
Wenecja... obawiam się, że ciężko mi będzie opisać to, co poczułam do tego miasta. Wszystkie przewodniki, które przejrzałam straszyły wizją miasta opanowanego przez turystów, w którym nie da się ruszyć, ani na chwilę uciec przed tłumami zmierzającymi na Plac Świętego Marka. Jednak Wenecja sprawiła mi bardzo miłą niespodziankę...
Po drugiej stronie kanału stoi przepiękna Bazylika Maria della Salute (ufundowana po ogromnej zarazie, która spotkała miasto). Wstęp do niej jest bezpłatny, jednak jest to wyjątek, bo do większości kościołów obowiązuje taryfa 1,5/2,5euro (studenci/"dorośli"). Jeśli ktoś nie żywi wielkiego wstrętu do zwiedzania świątyń to polecam zakupienie tzw. ChorusPass (7euro, my nasz znaleźliśmy...:). Weneckie kościoły są naprawdę imponujące, a w swoich zakrystiach skrywają prawdziwe dzieła sztuki (jak na przykład Ostatnia wieczerza Tintoretto w Chiesa di San Stefano). Innym kościołem, który naprawdę trzeba zobaczyć jest Santa Maria dei Miracoli (nawet jeśli szkoda nam pieniędzy na wstęp można tylko "zajrzeć" i popatrzeć, a jest na co! kościół cały w marmurach, podobno wymarzone miejsce ślubu większości mieszkańców Wenecji).
Kolejnym punktem wycieczki powinny stać się weneckie place (Campo Santa Maria Formosa, S. Toma, Il Frari ......) Często toczy się na nich zupełnie normalne życie, bez turystów, kramów z pamiątkami....
Na pewno warto odwiedzić weneckie muzea, Galleria dell'Academia czy kolekcję sztuki współczesnej Peggy Gugenheim, dla osób z mniejszym budżetem całkiem niezłą alternatywną dla tego drugiego będzie Ca' Pesaro, które także prezentuje sztukę współczesną, oprócz zbiorów włoskich malarzy można podziwiać obraz Klimta czy Chagalla.
A na koniec pozostaje Ghetto, spokojna żydowska dzielnica, miejsce, w którym niegdyś powstało pierwsze żydowskie getto na świecie. Zagląda tu zdecydowanie mniej turystów, a na uliczkach można spotkać tradycyjnie ubranych Żydów, wydaje się, że tutaj czas naprawdę się zatrzymał. I taka jest Wenecja, obok wielkiego, pełnego turystów placu, kilka metrów dalej możemy znaleźć malutki placyk czy uliczkę, w której nie będzie nikogo. A na moście numer 101 odkryjemy kolejny niepowtarzalny widok i coś specjalnego... I jak tu nie zakochać się w tym mieście?
Florencja, deszcz i kolejki.
Do Florencji dotarliśmy późnym wieczorem i od razu po wyjściu z pociągu uderzyła nas masa ciepłego powietrza, co dało nam nadzieję na to, że mimo złej prognozy pogoda będzie jednak ładna. Po krótkiej chwili udało nam się odnaleźć nasz hostel i tu spotkała nas pierwsza przykra niespodzianka - okazało się, że drzwi są zamknięte, a recepcja nie istnieje, trzeba po nią zadzwonić. Na szczęście po jakichś 30 minutach przyjechał ktoś i nas w końcu wpuścił. Miałam trochę obaw co do tego miejsca, bo na http://www.hostelworld.com/ przeczytałam wiele bardzo negatywnych opinii na temat Locanda Latina. Chyba jednak nie są one do końca sprawiedliwe, bo oprócz problemu z dostaniem się tam wszystko inne było w porządku (łącznie z ceną, 12 euro, a to bardzo niewiele jak na Włochy, drugiej nocy spaliśmy w Locanda Roberto za 14; Locanda to prawdopodobnie najtańsze miejsca, całkiem miłe; w dużych, starych mieszkaniach, zazwyczaj w samym centrum).
Wejście do Uffizi Gallery może okazać się bardzo skomplikowane, jednak radziłabym przecierpieć i spróbować dostać się tam. Ogólnie bolączką turystów we Włoszech są wszechobecne, ogromne kolejki do największych zabytków. Właściwie nie ma miejsca, gdzie nie stałby jakiś ochroniarz ograniczający napływ zwiedzających. Z jednej strony to dobrze, bo inaczej ludzie by się zadeptali, z drugiej oznacza po prostu marnowanie czasu. W muzeach i galeriach da się tego w pewien sposób uniknąć rezerwując wcześniej bilety przez internet. Jednak coś za coś, taka rezerwacja to zazwyczaj około 5 euro więcej za bilet. Także wejście do Uffizi (ze zniżką studencką) kosztuje około 14 euro. Istnieje co najmniej kilka stron, gdzie można dokonać rezerwacji, ja wybrałam tę: http://www.aboutflorence.com/florence-museums-ticket-reservation.html , bo wydało mi się, że w ten sposób wychodzi najtaniej.W samym muzeum na I piętrze znajdziemy Gabinet Rysunków i Sztychów (Gabinetto Disegni e Stampe degli Uffizi), a na II mieści się galeria, w której 45 salach możemy podziwiać obrazy takich malarzy jak Botticelli (chociażby dla Wiosny i Narodzin Wenus warto odwiedzić to muzeum), da Vinci, Tycjan, Rubens, Durer i wielu, wielu innych.
To by było na tyle jeśli chodzi o typowo turystyczne miejsca w samym centrum. Oczywiście warto zajrzeć na każdy plac zaznaczony na mapie, we Włoszech jest to zawsze gwarancja odnalezienia jakiegoś uroczego miejsca. Jeśli jednak ktoś poczuje się zmęczony zgiełkiem i hałasem ścisłego centrum, warto też przejść się na drugą stronę rzeki (zatrzymując się na chwilę na Ponte Vecchio, z którego rozpościera się przepiękny widok), schować mapę i zabłądzić w małych, cichych uliczkach.
włoskie wakacje...
Ten wyjazd miał być typową, spokojną wycieczką do kraju Dantego i makaronów. Dzięki Wizzairowi (pamiętajcie, nigdy nie latajcie z nimi) dostarczył nam wielu emocji, niekoniecznie pozytywnych. Mimo że odwołano nam lot, nie poddaliśmy się i dotarliśmy do Włoch alternatywną trasą. Wolę nie patrzeć na wyciąg z konta i podsumowywać tych kosztów. Wolę o tym zapomnieć! Bo to, co zobaczyliśmy jest nasze. A podróż pociągiem przez Austrię i północne Włochy zaliczam do jednej z najprzyjemniejszych. Samolot pozwala zaoszczędzić masę czasu, ale zabiera możliwość obserwacji tego jak zmienia się krajobraz, a na trasie Monachium - Florencja dzieje się to w sposób wręcz oszałamiający...Jak już wspominałam dotarcie do Włoch kosztowało nas dużo czasu i pieniędzy, ale samo podróżowanie po tym kraju nie jest tak czasochłonne i drogie. Warto zajrzeć wcześniej na stronę http://www.ferroviedellostato.it/homepage_en.html , żeby zobaczyć jak funkcjonują włoskie koleje. Typów pociągów oraz ofert cenowych jest wiele (zresztą system jest podobny do naszego, są i drogie w stylu naszych IC i tańsze jak TLK oraz najtańsze - regionalne). Istnieje też możliwość wcześniejszej rezerwacji i kupna biletów z drobną zniżką oraz zakup biletów weekendowych. Myślę, że najlepszym wyjściem jest podróżowanie pociągami regionalnym, bo są najtańsze (wprawdzie trochę wolniejsze, ale jeśli jeździ się na krótszych trasach nie jest to taka duża różnica). I tak bilet z Florencji do Bolonii kosztuje około 7 euro, a z Bolonii do Wenecji - 8.
sobota, 18 września 2010
Norwegia w internecie
Przed wyjazdem do Norwegii przygotowywałyśmy się z wielu źródeł. Z oferty przewodników wybrałyśmy pozycję Pascala, ale mam co do niej mieszane uczucia (wiele informacji było już nieaktualnych chociaż jest to wydanie z 2010 roku). Za to internet jest prawie niewyczerpalnym źródłem informacji na każdy temat.
http://www.nsb.no/home/ - strona norweskiej kolei, warto tam zajrzeć wcześniej, jeśli wybiera się ten środek transportu; z jednej strony można sprawdzić cały rozkład jazdy, z drugiej - załapać się na specjalne bilety, tzw. MiniPris; można też zarezerwować tam bilety na Flamsbana
http://www.visitnorway.com/ - oficjalna strona turystyczna Norwegii, można tu znaleźć naprawdę dużo ciekawych informacji, opisów tras i adresów, jest też w języku polskim
http://www.visitoslo.com/ - oficjalna strona Oslo dla turystów, wszystko o tym mieście i jego okolicach
http://www.alr.no/ - strona Aurland, nie tylko o miasteczku, ale o całej okolicy
http://www.fjord1.no/en/ - strona firmy organizującej rejsy po fiordach
http://www.norwegofil.pl/ - Strona Miłośników Norwegii
Ponadto wszystkie informacje turystyczne są naprawdę dobrze wyposażone w mapy, informatory, więc nie zginiecie!;)
piątek, 17 września 2010
Bergen, miasto deszczu
Pascal donosi, że w Bergen pada 250 dni w roku, a ja złośliwie dodaję, że przez resztę jest pochmurno. Po pięknym, słonecznym i ciepłym Alesund przeniosłyśmy się do brudnego (!, naprawdę, wszędzie mnóstwo śmieci), zachmurzonego, deszczowego i zimnego Bergen. Było nam tak niemiło, że cały czas psioczyłyśmy na to miasto, chociaż teraz, z perspektywy czasu muszę przyznać, że zwiedzenie bramy do krainy fiordów nie jest pozbawione sensu.
Miejscem godnym polecenia jest pewne zapomniane przez przewodniki osiedle domków jednorodzinnych (w okolicy Instytutu Prawa, ciężko mi to miejsce lepiej zlokalizować, bo szczerze mówiąc trafiłyśmy tam zupełnie przez przypadek). Niewątpliwie warto się przespacerować po okolicy, z dala od turystów, w ciszy i spokoju, marząc o jednym z takich domków dla siebie i zastanawiając się jak w tak pochmurnym mieście rosną takie piękne kwiaty.
Nie mamy pojęcia, gdzie można by zjeść coś dobrego w Bergen albo gdzie spać, ponieważ spędziłyśmy tam tylko kilka godzin, wieczorem miałyśmy pociąg do Oslo. (w nocnych pociągach w Norwegii każdy pasażer dostaje kocyk, dmuchaną poduszkę, stopery do uszu i to coś na oczy, nigdy nie wiem, jak to się nazywa).Alesund
Z Fjaerland, po kilku drobnych przygodach, udało nam się dotrzeć do Alesund - prawdopodobnie najładniejszego miasta w Norwegii. Do początku XX wieku była to typowa osada rybaków, jednak po pożarze w 1904 roku, który strawił całą drewnianą zabudowę, a wielu ludzi pozostało bez dachu nad głową; miasto otrzymało sporą sumę pieniędzy na odbudowę, która nastąpiła, zgodnie z duchem epoki, w stylu secesyjnym.
Będąc w Alesund trzeba koniecznie wspiąć się na górę Aksla, na którą prowadzi 418 schodków. Jest to trochę męczące, ale zdecydowanie warto, widok zapiera dech w piersiach! Alesund to chyba jedno z najpiękniej położonych miast w Europie...
W Alesund lepiej schować mapę do plecaka, bo centrum nie należy do największych, także zgubić się jest naprawdę trudno. Za to warto pobłądzić w gąszczu małych uliczek, koniecznie z głową uniesioną wysoko do góry, aby móc podziwiać bogactwo secesyjnych detali na wielu budynkach starówki. Dla zainteresowanych, w mieście działa także Centrum Secesji, w którym można dowiedzieć się więcej na temat odbudowy miasta po pożarze.Z bardziej przyziemnych rzeczy to camping znajduje się dość daleko od centrum, dworzec autobusowy posiada schowki na bagaż (ale jest otwarty tylko do 22, także nie należy o tym zapominać, bo można łatwo uwięzić swój plecak na co najmniej 8 godzin;). W przewodniku Pascala wyczytałyśmy, że życie nocne Alesund zdominowały hotele. Musi być to prawda, ponieważ po 23 miasto wyglądało na wymarłe, kawiarnie i puby świeciły pustkami, a na ulicach można było spotkać tylko kilku niedobitków wracających do domu.
Do Norwegii jeździ się raczej, aby podziwiać piękno natury, i tak jak Oslo było dla nas naturalnym przystankiem między Wrocławiem a fiordami, tak Alesund było drugim po fiordach celem całej wyprawy. Samo miasteczko jest urocze, pięknie położone, ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie droga z okolic Fjaerland do Alesund. Co chwilę żałowałam, że jedziemy autokarem i nie możemy zatrzymać się, aby porobić zdjęcia...
O mało nie zapomniałam dodać, że w tym pięknym mieście spotkałyśmy przemiłego Polaka, Lubomira, który od 5 lat jest taksówkarzem w Alesund. Widać, że brakowało mu kontaktów rodakami (co jest chyba dość dziwne?), więc udzielił nam wielu rad i pokazał McDonald'a (na którego byłyśmy skazane, ponieważ w niedzielę wszystko inne było zamknięte).
czwartek, 16 września 2010
Fjaerland - norweskie miasto książki.
Nasz kolejny przystanek to Fjaerland, bajecznie położona wioseczka, znana też jako Norweskie Miasto Książki. Ma 350 mieszkańców, 12 antykwariatów, a regały z książki są wystawiane na ulicy. Książki kosztują mniej więcej od 5 do 30 zł, oprócz literatury w języku norweskim można tam znaleźć wiele pozycji po angielsku, niemiecku oraz innych językach. Z Fjaerland warto przejść się, żeby zobaczyć lodowiec. (wycieczki na lodowiec są niestety dużo bardziej skomplikowane, organizowane przez jedną firmę i dość drogie). 3 km od wioski znajduje się tani camping, ale jeśli miałabym tam nocować bez zastanowienia wybrałabym nocleg na dziko!
Szczególnie miło wspominam i polecam wizytę w jednym z antykwariatów, w którym mieści się także kawiarnia. Można tam napić się dobrej kawy (którą właściciel po 17 zaproponował nam za darmo), zjeść dobre ciasto albo tosta. Tutaj też zobaczyłam chyba najstarszy funkcjonujący terminal do kart w Norwegii... Cała operacja polegała na prasowaniu karty; okazało się, że moja jednak się do tego nie nadaje i musiałam zapłacić gotówką (pożyczoną od P., bo w Fjaerland nie ma bankomatów).
Z Fjaerland planowałyśmy dostać się do Geirangerfjord (przeczytałyśmy, że to najpiękniejszy norweski fiord), jednak w związku z pomyłką pani w informacji turystycznej znalazłyśmy się początkowo w miejscowości Skei, skąd złapałyśmy stopa (starsze małżeństwo, które nie mówiło za bardzo po angielsku). Zostałyśmy podwiezione nie do końca tam, gdzie chciałyśmy i w efekcie wylądowałyśmy w autokarze do Alesund, ale to już inna historia...w stronę Sognefjord...
![]() |
| Aurland |
Tego, czego nie polecam w Aurland (jak i w kilku innych miejscowościach) to obdarzenie całkowitym zaufaniem informacji turystycznej. Niestety podczas wycieczki kilkakrotnie zostałyśmy źle poinformowane o godzinach odjazdu autobusów, co przysporzyło nam trochę kłopotów.![]() |
| tęcza w Leikanger |
Z Aurland kilka razy dziennie odchodzą statki wycieczkowe, które pływają w różne rejony Sognefjord. My wybrałyśmy godzinny rejs do miejscowości Leikanger (w której warto się zatrzymać, jeśli chcemy dalej podróżować na północ, jest zupełnie nieturystyczna, udało nam się wynająć tam domek za 150zł za noc z widokiem na fiordy...). Bilety studenckie kosztowały 35zł. Sam rejs był niezapomnianym przeżyciem, ponieważ strasznie wiało i padało, a Sognefjord wyglądał mrocznie i niedostępnie.
Mamy świadomość, że zobaczyłyśmy tylko drobny kawałek tego, co można by było, bo z rejonu Sognefjord można udać się na lodowiec, szlakiem starych norweskich kościołów oraz w wiele innych miejsc...
Jeszcze co do transportu z Oslo to jechałyśmy pociągiem, który ogólnie jest bardzo drogi, ale istnieje tzw. MiniPris, czyli ograniczona pula tańszych biletów za 199, 299 i 399 koron.
Norwegia, sierpień 2010
Norwegia chodziła mi po głowie od dawna. W zeszłym roku odwiedziłam Sztokholm i stwierdziłam, że jest to dobry początek cyklu podróży po Skandynawii. W tym roku padło na krainę fiordów. Wszyscy mówili, że drogo i że wydamy fortunę, ale myślę, że udało nam się chociaż trochę obalić ten mit. Poza tym uwierzcie, zobaczenie TAKICH widoków, jakie zobaczyłyśmy jest naprawdę bezcenne.Norwegię opuszczałyśmy jednak trochę smutne, bo zdawałyśmy sobie sprawę, jak wiele nas ominęło.
Chciałybyśmy mieć jeszcze z 2 - 3tygodnie, wtedy spełniłoby się nasze marzenie o Lofotach czy
kole podbiegunowym...
PODRÓŻ
Wprawdzie idealnym rozwiązaniem jest podróż samochodem, do którego można zapakować dużo jedzenia (a to jest chyba najdroższe w Norwegii), ale jako że nie dysponowałyśmy samochodem pozostał nam tani lot z Wrocławia do Oslo Ryanaira. Rezerwowałyśmy go dość wcześnie, bo już w maju, ale z tego, co wiem niska cena utrzymywała się dość długo. Zapłaciłyśmy 50zł za bilet w obie strony, trzeba jednak pamiętać, że lotnisko wcale nie jest w Oslo (w ogóle Oslo nie ma żadnego lotniska w pobliżu miasta). Lądowaliśmy w Rygge, z którego bilety kosztowały około 80zł (w dwie strony, tak jest taniej, jest też zniżka dla studentów). Lot Wizzairem (którego szczerze nienawidzę po tegorocznej podróży do Włoch) może wyjść jeszcze drożej, bo samoloty tej firmy lądują w Torp, które jest jeszcze dalej i z tego, co słyszałam bilety kosztują nawet 150zł.
OSLO
Oslo nie jest może najpiękniejszym miastem, ale ma klimat i zdecydownie przypadło nam do gustu. To takie nowoczesne miasto, ze świetnie rozwiązaną komunikacją (chociaż bardzo drogą, bilet 24godzinny kosztuje około 35zł; ale obejmuje też rejsy po Oslofjord, co bardzo polecam). Wydaje mi się, że nie za bardzo opłaca się kupowanie OsloCard, które jest droższe, zawiera bilet na komunikację oraz bilety do muzeów. Z tym że większość muzeów w Oslo jest za darmo, także trzeba bardzo dokładnie przejrzeć tę ofertę.
![]() |
| Akker Brygge |
![]() |
| Park Vigelanda. |
![]() |
| Opera |
Trudno też przejść obojętnie obok Ratusza, który przez samych mieszkańców Oslo jest nazywany najbrzydszym budynkiem w mieście. Trudno się z nimi nie zgodzić...
Co do jedzenia to najlepiej mieć je z Polski, bo ceny w restauracjach i kawiarniach są naprawdę zaporowe. Jest oczywiście McDonald i to nie jeden, ale chyba naprawdę lepiej przywieźć jedzenie ze sobą. Z miejsc na polską kieszeń można udać się do obecnej na każdym kroku sieciówki 7eleven. Nie można tam wprawdzie usiąść, ale kawa i świeże bułeczki nie są takie drogie. (kawa około 10zł, 3 bułeczki 12)
Jeśli chodzi o pogodę to trzeba mieć chyba po prostu szczęście. Sierpień to prawdopodobnie jeden z najlepszych miesięcy na podróż. Nasze Oslo było bardzo słoneczne, ale słyszałyśmy, że dzień po tym jak wyjechałyśmy lało i lało...
W Oslo nie udało nam się obalić mitu drogiej Norwegii, bo było drogo i to bardzo, za to nieprawdziwym okazało się stwierdzenie, że Norwegowie to bardzo skryty i mało kontaktowy naród. Podczas krótkiej wycieczki po Oslofjord zostałyśmy zaczepione przez uroczą, starszą nauczycielkę muzyki, z którą bardzo miło nam się rozmawiało (oczywiście padły standardowe pytania o papieża i naszą wielką, polską religijność). Takie sytuacje powtarzały się potem nie raz.
Co do jedzenia to najlepiej mieć je z Polski, bo ceny w restauracjach i kawiarniach są naprawdę zaporowe. Jest oczywiście McDonald i to nie jeden, ale chyba naprawdę lepiej przywieźć jedzenie ze sobą. Z miejsc na polską kieszeń można udać się do obecnej na każdym kroku sieciówki 7eleven. Nie można tam wprawdzie usiąść, ale kawa i świeże bułeczki nie są takie drogie. (kawa około 10zł, 3 bułeczki 12)
Jeśli chodzi o pogodę to trzeba mieć chyba po prostu szczęście. Sierpień to prawdopodobnie jeden z najlepszych miesięcy na podróż. Nasze Oslo było bardzo słoneczne, ale słyszałyśmy, że dzień po tym jak wyjechałyśmy lało i lało...
W Oslo nie udało nam się obalić mitu drogiej Norwegii, bo było drogo i to bardzo, za to nieprawdziwym okazało się stwierdzenie, że Norwegowie to bardzo skryty i mało kontaktowy naród. Podczas krótkiej wycieczki po Oslofjord zostałyśmy zaczepione przez uroczą, starszą nauczycielkę muzyki, z którą bardzo miło nam się rozmawiało (oczywiście padły standardowe pytania o papieża i naszą wielką, polską religijność). Takie sytuacje powtarzały się potem nie raz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













